October 10, 2009

we can't escape time.

So, I know it's a little bit early, but time goes so fast we wouldn't notice it's 2010 already.

Anyways, I'm going to do a top XX of the best album in 2009, just like a year ago, but something bigger.

What are the best records you've listened to this year? Just give me a few (no more than five) titles. I do listen to a lot of music, but I'm always opened for a new ideas. And, of course, I don't know every good band in the world. So, share when you've heard something good.

Please help me whit this. :D:D

 

 

ps. I mean albums RELEASED in 2009.


Posted on 10/10/2009 8:20 AM Comments (41)

October 2, 2009

stolen stolen stolen stolen questions.

I stole this from EBCM, who stole it from  FallOutFry, who stole it from NewAgeAmazon who stole it from El Rich, who stole it from xCollapsingCities who stole it from Musiciscool, who stole this from RhiannaResolution.

 

 

1. Why did you first add me as a friend?
2. What were your first thoughts about me?
3. What do you think now?
4. What is your favorite picture I've taken or blog I've written?
5. How would you describe me or what I post?
6. What reminds you of me?
7. If we were able to magically teleport to magical places together, what do you think would be awesome to do?
8. Maybe we could attempt to make an ice sculpture, what do you think we should make?
9. Do you believe in magic?
10. Are you happy we're friends?


Posted on 10/02/2009 7:17 AM Comments (3)

July 10, 2009

you caught me with my pants down.

Now that I am bored as fuck and sick (i caught swine flu haha) and I can only do things that do not require too much moving (like typing, ofc) I decided to make a song top10 (yup, once friggin' again) each week (every friday/if i am home/if i am able to sign in on buzznet) until the end of holidays. This probably won't be any intresting, because when I'm sick/bored, I'm annoyed by everything around me, and when I'm annoyed, I do not feel like 'exploring something new' and that relates to music as well. 


1. The Prodigy - Invaders Must Die

Not really my kind of music, but The Prodigy is something I fell in love with from the very first tunes. 

2. Pendulum - Propane Nightmares 

Well, I had a chance to see them live. And I do regret I didn't go to their concert. But I was tired and cold after seeing Faith No More. It was raining and I was wearing only that Kings Of Leon tshirt I bought sooner that day. You'll take a rest in grave, I should tell myslef then, because Pendulum is a great live band, as I found out later. DAMN IT.

3. Placebo - Song to Say Goodbye.

Placebo is one of the bands that I never loved too much. It was probably because I've never actually listened to them. I recently listened to Meds and Battle for the Sun. Two great records. I didn't see the band live (Open'er, Open'er, Open'er, Open'er, what the hell do you expect?!). But it's another thing I regret. 

4. Kings Of Leon - Ragoo

you caught me with my pants down. 

5. Kooks - Match Box


I acted like a total crazy fangirl on their concert. I wasn't even screaming. I was squealing.

6. Gossip - Heavy Cross


Beth Ditto's voice. And her positiveness. Need I say more?

7. Kings of Leon - Notion

I saw the music video yesterday on MTV2. It's nothing beyond awesome, but there's something about it that made me see the video like twenty times again and again. 

8. Crystal Castles - Crimewave

I just can't help it, but I love the song. 

9. Lily Allen - Fuck You

Lily Allen's lyrics and songs are just so damn catchy. Fuck you, fuck you very, very much. I'm driving my family insane.

10. Arctic Monkeys - Do Me A Favour

This is totally one of my favourite songs by Acrtic Monkeys. On the Open'er Festival I saw them live. They were amazing. However I didn't manage to stay until this song. I was squeezed in the middle of the crowd near the stage and I could barely breathe, so I left. I listened to it from my tent though. Anyway, Alex Turner was so freaking hot.

 

 

YOU KNOW I LOVE YA! 


Posted on 07/10/2009 9:08 AM Comments (5)

July 4, 2009

YAY

I'm in Gdynia on Heineken Open'er Music Festival. It is great. Amazing. I went to see Arctic Monkeys on Thursday and I saw Maria Peszek, Gossip and Kooks yesterday. Today I'll see White Lies, Faith No More and Pendulum. Tomorrow - Lily Allen, Kings Of Leon, Placego and The Prodigy.

I've got some photos.  I'll write more as soon as I get home - Monday evening.


Posted on 07/04/2009 3:28 AM Comments (6)

May 12, 2009

I think I need your help.

Me and Thorium are doing a decoration for my class. It's about photography. I completely have no idea which photos I should choose. Which are your favourites? I want you to choose four of my photos which you like the most.  They can't be self-portraits, because I already printed one photo of me, and I don't want to be more pictures of my face on the decoration.


Posted on 05/12/2009 8:56 AM Comments (7)

September 17, 2008

Odcinek *liczy* trzynasty?

Pomimo że Rosalie za wszelk� cen� stara�a si� przekona� Carlisle'a żeby nie powiadamia� ca�ej szko�y o zaistnia�ym incydencie, ten upar� si�, że jak najpr�dzej trzeba ostrzec szko��, że po szkole grasuje niezwykle sprytny gwa�ciciel.
Rose jednak by�a uparta.
-A co jeżeli to by� tylko jednorazowy przypadek? Może to si� nie powtórzy?
-Rose, a co jeżeli to si� powtórzy? Nie można tego tak zostawi�. Musz� powiadomi� Dumbledore'a i ca�� szko��.
Rosalie odwróci�a g�ow� w kierunku Rudego
-A ty, co o tym my�lisz? - spyta�a oczekuj�c na poparcie
Rudy spu�ci� wzrok.
-Wybacz Rose - szepn�� - ale chyba lepiej b�dzie, jeżeli Carlisle powie Dumbledoreowi. Nie wydaj� mi si�, żeby temu komu� chodzi�o tylko o ciebie.
Rosalie zamkn��a oczy.
-No dobra - mrukn��a - ale nie jestem Rosalie Hale, tylko Pewn� Uczennic� z Hufflepuffu.
Po d�ugiej chwili ciszy Carlisle zapyta� szeptem
-Rose--czy chcesz--czy jeste� w stanie opisa�, jak do tego dosz�o?
-Carlisle - Rudy przerwa� groźnie
-W porz�dku - Rosalie prze�kn��a �lin� - Pytaj o cokolwiek.
-Kim on by�?
-By� do�� wysoki. Mia� zachrypni�ty g�os... Carlisle, jak wykwalifikowanym czarodziejem trzeba by�, żeby na jedn� noc zmieni� wampira w cz�owieka? - spyta�a
-Wystarczy by� cwanym. Ksi�gi z wiadomo�ciami o zmianach magicznych stworze�, jakimi s� na przyk�ad wampiry, w ludzi s� w naszej bibliotece, w dziale ksi�g zakazanych.
Rosalie spojrza�a w sufit.
Zamy�li�a si� na chwil�.
-Alice - rzek�a po chwili - ona pewnie nie zobaczy napastnika, ale może b�dzie w stanie zobaczy� to, kogo, kiedy i gdzie b�dzie mia� zamiar zaatakowa�.
-Owszem. Ale informacje, które nam przekaże nie b�d� udost�pnione szkole. Prawda jest taka - kontynuowa� widz�c pytaj�ce spojrzenia Rudego i Rose - że nawet Dumbledore nie ma poj�cia o darach Alice, Jaspera i Edwarda. O ich zdolno�ciach, oprócz wampirów wiedz� tylko Ana Molly, Lucy Waters i ty, Fernando.
-Oh, �wietnie. - mrukn�� Rudy. Niedo��, że b�d� musia� teraz wspó�pracowa� z Molly i Waters, to do tego b�dzie to trzymane w tajemnicy.
**
Kiedy ca�a szko�a zosta�a powiadomiona o ataku na Uczennic� z Hufflepuffu dziewcz�ta trzyma�y si� zawsze razem, ba�y si� opuszcza� dormitorium po zmierzchu, zabroniono im bez wiedzy nauczycieli opuszcza� swoich dormitoriów po 21. Jednym s�owem, życie nocne Hogwartu powoli zacz��o wymiera�.
Rosalie - która wbrew wszystkiemu bardzo szybko wróciÅ�a do "dawnej formy" - podczas każdego posiÅ�ku rozglÄ�daÅ�a siÄ� nerwowo, jakby spodziewaÅ�a siÄ�, że osoba, która wyrzÄ�dziÅ�a jej krzywdÄ� za chwilÄ� pojawi siÄ� przed niÄ�.  Za radÄ� Carlisle'a staraÅ�a siÄ� wsÅ�uchiwaÄ� w gÅ�osy ludzi przebywajÄ�cych w Wielkiej Sali, próbujÄ�c wyÅ�apaÄ� ten, który przemawiaÅ� do niej czwartkowÄ� nocÄ�.
Edward, pomimo że ży� na tym �wiecie ponad wiek, zdawa� si� by� zaskoczony faktem, że kto� by� w stanie pozbawi� wampira wyostrzonych zmys�ów, si�y i jadu... dla niego by�o to troch� jak przywrócenie Rosalie do życia, a przecież by�o to to, o czym marzy�a od czasu stania si� krwiożercz� besti�.
By� wstrz��ni�ty faktem, że kto� przebywaj�cy na terenie szko�y wyrz�dzi� jej tak� krzywd�. I ba� si�, że komu� może zależe� na upokorzeniu wampirów i uniemożliwienie im nauki czy pracy jak normalnym ludziom.
Ana zamartwiania Edwarda o siostr� uzna�a za niezwykle urocze i, ze wzgl�du na to, że jemu bardzo na tym zależa�o, robi�a wszystko, co w jej mocy, żeby pomóc w znalezieniu przest�pcy.
-No ale przecież możesz--nie umia�by� przeczyta� jego my�li? - spyta�a Ana przy kolacji
-Raczej nie. Ten kto� jest odporny na czytanie w my�lach. To troch� jak bardzo zaawansowana oklumencja. A to co ja potrafi�, to co�--co� w rodzaju legilimencji. Z t� różnic�, że ja robi� to od kiedy -- umar�em-- to jest co�, czego nie kontroluj�--.
-�wietnie - mrukn��a Ana - a czy w ko�cu znajdziemy co�, co pomoże nam w rozwi�zaniu tej pieprzonej zagadki? Bo narazie tylko wiemy co nam nie pomoże.
-Ano, wszystko b�dzie dobrze. - szepn�� Edward zimnymi opuszkami palców dotykaj�c jej policzka.
Ana nie wygl�da�a na uspokojon�.
-Ale, Edward, jeżeli jemu chodzi w�a�nie o wampiry? Jeżeli chodzi mu o upokorzenie was? W niebezbiecze�stwie może by� Alice -- i Lucy. Edward, ja też! Boj� si� tego bardziej niż powinnam ba� si� ciebie.
-Ano--pos�uchaj--
-Ale co ty możesz mi powiedzie�? Wiesz o tej sprawie tyle samo co ja, i dobrze wiesz, że mog� mie� racj�, mimo że nie dopuszczasz do siebie tej my�li.
-Może i masz racj�. Ale -- ale przecież wiesz, że ze mn� jeste� bezpieczna.
Ana odwróci�a g�ow�.
-Po tym, co sta�o si� Rosalie już nikt nie jest bezpieczny w tej szkole. Nawet z tob�.


Kocham Was, dziewczynki.


Posted on 09/17/2008 8:44 AM Comments (2)

August 21, 2008

Dwanaście.

Lekcje przerwał im dzwonek.
Uczniowie szybko ulotnili się klasy.
-Margaret! Proszę, podejdź tu - zawołała Beatrice
Klasa opustoszała. Margaret nieśmiałym krokiem podeszła do biurka profesor Dumbledore.
-Tak, proszę pani? - spytała głosem przesączonym jadem
-Słuchaj, Ret - zaczęła - wiem, że zależy na Syriuszu. Wiedz, że to nie jest tak, że ja robię to specjalnie--
Ret prychnęła.
-Co ty nie powiesz? - krzyknęła - niby te twoje szlabany to przez przypdaek, czy też może Syriusz na nie zasługiwał? Jesteś dziwką, nie masz pojęcia, co czuję, a udawając te szlabany nie ukarzesz jego, tylko mnie. Co ty sobie wyobrażasz, zaciągając do łóżka mojego chłopaka, trzy razy w tygodniu? Czy sprawia ci przyjemność, to że ja cierpię, że nie mogę spać po nocach, ze świadomością, że mógłby być ze mną, a jest z niewyżytą żoną dyrektora? Mam w dupie to, co teraz ze mną zrobisz, czy wyrzucisz, czy rzucisz na mnie jeden ze swych zboczonych uroków, dla mnie jesteś tylko głupią, egoistyczną kurwą, myślisz tylko o jednym, a jak już sobie kogoś upatrzysz, nie zważając na to ile osób po drodze zranisz, dopniesz swego i w końcu się z nim prześpisz.
Zamilkła. Przez chwilę wpatrywała się gniewnym spojrzeniem w Beatrice, a potem, ze łzami oczach, wybiegła z sali.
Teraz chciała tylko dobiec do swego łóżka, i już nigdy nie opuszczać sypialni dziewcząt. To, co zrobiła było błędem i zdawała sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony nie mogła już dłużej tego w sobie trzymać.
Prędzej czy później i tak by wybuchła.
Dotarłszy do dormitorium Gryffindoru popędziła do sypialni i rzucając się na swoje łóżko zasłoniła kotary. Nie miała ochoty na czyjekolwiek odwiedziny. Po chwili kotary odsłoniły się i Ret ujrzała Sannt wpatrującą się w nią ze współczuciem.
-Czego? - jęknęła przez łzy
-Dostałam to od Beatrice. Kazała ci to dać.
Ret chwyciła kawałek błękitnego pergaminu i zasłoniwszy zasłony przed nosem Grance drżącymi dłońmi rozłożyła karteczkę.
Niestarannymi zawijasami było tam nabazgrane kilka zdań.
"Nie wylecisz. Tego właśnie się spodziewałam. Dałaś mi jednak do zrozumienia. Muszę z tym skończyć. Nie będę już ruszać twojego Syriusza,
przepraszam,
Beatrice Dumbledore"
----
Było juz zdecydowanie za późno na spacer karytarzami Hogwartu.
Ale Rose nie mogła usiedzieć w dormitorium. Chciała - tak jak kiedyś z nim - wyjść pooglądać gwiazdy o północy, tam, gdzie są największe okna. Chciała znaleźć wszystkie te kąty, wszystkie zakamarki, wszystkie puste klasy, czy inne nieużywane pomieszczenia. Wszystkie te miejsca, które przypominały jej o jego istnieniu, o chwilach z nim spędzonych.
Opuściła sypialnie dziewcząt. W pokoju wspólnym nie było już nikogo, kto mógłby jej przeszkodzić w nocnej przechadzce. Rudy spojrzał na nią znad książki do eliksirów i odprowadził wzrokiem dopóki nie znieknęła za kamiennymi drzwiami.
Szła powoli. Przed sobą miała przecież całą noc. W końcu w dormitorium nikt już na nią nie czekał. Była sama. Osoby, które obchodziły się jej istnieniem mogła policzyć na palcach jednej dłoni.
Smutne, pomyślała.
Westchnęła.
Emmett, Emmett, gdzie podział się mój Emmett?
Dlaczego nie ma go tu, ze mną?
Dlaczego wybrał kogoś innego?
Gdzieś, na drugim kiońcu korytarza usłyszała czyjeś kroki.
To pewnie ten idiota, Irytek, pomyślała.
Szła dalej. Po chwili znowu usłyszała jakieś dźwięki. Bała się odwrócić, ale tak bardzo chciała wiedzieć, kto ją śledzi. Z czasem, kiedy kroki zbliżały się w jej kierunku stawała się coraz bardziej przerażona.
Zanim zdąrzyła się odwrócić, ktoś rzucił na nią zaklęcie.
Bardzo mądre, pomyślała.
Była ślepa.
-Witaj Rose - powiedział mężczyzna zachrypniętym głosem. Słyszała w nim coś znajomego, ale była zbyt przestraszona żeby zgadywać do kogo należał.
Mężczyzna podszedł bliżej
-Chodź do mnie - machnął różdżką - jesteś bezbronna - szepnął - nie zrobisz mi krzywdy, dopóki na to nie zezwolę.
Rosalie poczuła, że wzbiera się w niej gniew. Ale rzeczywiście, w ustach nie czuła jadu, a jej zmysły zostały przygaszone; nie słyszała bicia jego serca, nie czuła zapachu jego krwi...
-Jesteś bezbronna - powtórzył głos
Rose drgnęła. Uciekaj, głupia, zapiszczał głos w jej głowie, ale nogi odmawiały jej posłuszeństwa. On ją kontrolował. Nie całkowicie, ale to wystarczyło, żeby Rose nie była zdolna do ucieczki.
Jego ręce oplotły jej talię, jego ciało przyparło ją do kamiennej ściany.
Jego usta błądziły po jej szyi.
Oh, to tego chce, pomyslała.
Ale poddała się wiedząc, że z tego miejsca nie ma ucieczki.
--
Dochodziła szósta rano.
Na dworze powoli robiło się jasno. W dormitorium Hufflepuffu wszyszcy wciąż spali, jednak w pokoju wspólnym, przy kominku przebywała osoba, która przez całą noc nie zmrużyła oka ani na minutę.
Rudy już dawno odłożył książkę do eliksirów. Bardzo ciężko było mu się skupić..
I tak większą część nocy spędził na rozmyślaniach o jego dziewiątym semestrze w Hogwarcie.
Głównie rozmyślał o Lucy. Mimo że w bezczelny sposób złamała mu serce, nie był w stanie powiedzieć o niej złego słowa.
I nie mógł o niej zapomnieć.
Cały czas przed oczami miał jej twarz, jej uśmiech, a w uszach brzmiały mu jej słowa wypowiedziane na tarasie kairskiego hotelu
"Zakochałam się w tobie, Rudy"
I co się działo potem, tej nocy...
Nieodpowiedni czas, nieodpowiednie miejsce?!
Gdzie, do cholery jest to miejsce? Kiedy nadejdzie ten czas?~
A co jeżeli.. ten czas już nadszedł.. i Lucy..
Rudy miał ochotę w coś kopnąć. Tak ciężko przychodziło mu zaakceptowanie faktu, że on już kogoś ma.
Że nigdy do niego nie wróci.
Ale to i tak nie było powodem, dlaczego został na całą noc w pokoju wspólnym.
Został, chcąc poznać czyjś sekret.
Sekret, dla którego blond piękność wymknęła się z dormitorium o drugiej w nocy.
Sekret Rosalie Hale.
Jednak Rosalie nie wróciła na noc do dormitorium. Gdzie teraz była, nie wiedział nikt, z wyjątkiem kochanka, dla którego wyszła.
Rudy zamartwiał się jej nieobecnością. Pomimo że była wampirem, że była silna, że zmysły miała wyczulone na bodźce z zewnątrz, wciąż była w zamku pełnym magii, gdzie ludzie z pozoru spokojni i niegroźni mogli okazać się potworami.
Rudy podniósł się z fotela.
Ruszył w kierunku sypialni chłopców.
W ostatyniej chwili się rozmyślił. Może nie warto powiadamiać o tym Emmetta? Może lepiej będzie, jeżeli samo to załatwie, pomyślał Rudy. Wychodząć z dormitorium Hufflepuffu starał się zrobić jak najmniej hałasu. Po chwili namysłu skręcił w lewo. Tylko gdzie, do cholery ona mogła być?
Zamek jest przecież ogromny, a ona może być wszędzie. Pewnie poszła gdzieś, gdzie spędzała czas z tym idiotą.
One takie są, pomyślał, pójdą się wypłakiwać w miejsce, które się im kojarzy z ich byłymi.
Rudy prychnął, skręcając w ciemny korytarz.
I wtedy ją zobaczył. Leżała na czarnej posadzce, owinięta swoją szatą, nieprzytomna.
Rudy uklęknął przy niej. Odgarnał włosy z jej twarzy.
-Rose - szepnął. Milczała, ale jej powieki drgnęły.
Wziął ją na ręce. Jej twarz spoczywała na jego piersi. Rytm jego serca sprawił, że się ocknęła. Otworzyła oczy, ale od razu spowrotem je zamknęła.
-Emmett - jęknęła - Emm, powiedz, że to był sen. Że to był tylko koszmar.
-Po pierwsze - powiedział - nie jestem Emmett. A po drugie, wampiry podobno nie sypiają. Rose, co się stało?
-Nie Emmett? Kto? Gdzie jesteśmy? Co--
-Ciii. To ja, Rudy. Niosę cię do skrzydła szpitalnego.
-Ah, Rudy - otworzyła oczy - On.. on.. mnie.. - Mówiła bardzo cicho. Końcówkę jej zdania usłyszał tylko Rudy.
O mało co nie upuścił jej na posadzkę.
-Co? Kto?
-Nie wiem. Oślepił mnie. Potem rzucił na mnie jakieś zaklęcie. Przez całą noc.. przestałam być wampirem. Nie mogłam go ugryźć, nic. - Zarzucając ramiona na jego szyi załkała głośno.
-Przestań. Proszę. Nie myśl o tym  - szepnął delikatnie.
Przez dłuższą chwilę - dopóki nie dotarli do skrzydła szpitalnego - było słychać tylko kroki Rudego.
Rosalie poczuła, że dochodzi do siebie.
Sparaliżowane zmysły znowu zaczęły działać jak powinny, a w ustach poczuła nową dawkę jadu. Była głodna, ale też bardzo wyczerpana. Pragnienie piekło jej gardło, ale to i tak było niczym w porównaniem z bólem psychicznym.
-Carlisle, szybko - zawołał Rudy wpadając do sali.
Carlisle wyszedł zza parawanu.
-Rudy -- Chryste, Rose! - krzyknął - Co jej jest? Wygląda okropnie, nawet jak na siebie.
Rudy położył Rosalie na wskazanym przez Carlisla łóżku i usiadł obok niego.
Rosalie skryła twarz w poduszcze.
Ten koszmar musiała przeżyć teraz na nowo, od początku do końca.


Posted on 08/21/2008 12:13 PM Comments (6)

August 9, 2008

E-fucken-leven.

Po sobotnim balu uczniowie dzielili się na trzy grupy.
Grupa pierwsza - smutni i rozczarowani, jak Lucy, Adeline czy Rosalie.
Grupa druga - rozwścieczeni z Rudym, Ikerem i Diggorym na czele
i grupa trzecia - przeszczęśliwi - w której skład wchodzili między innymi Caroline, Ana, czy Edward.
Jasper od tamtej pory nie naciskał. Ustanowił sobie pewną granicę i nie zamierzał jej przekraczać, chyba że Lucy tego zechce.
A ona byłą szczęśliwa, że Jasper nie jest natrętnym zbokiem jak jego brat, Edward, który wraz z Aną Molly zdawali się tworzyć wspaniałą parę napalonych ideałów i zaspokajali się nawzajem w stu procentach.
Oboje i Lucy, i Jasper mimo wszystko cieszyli się szczęściem Any i Edwarda, i vice versa.
Niewiadomo z czyjej winy, ale nawet Lucy z czasem zaczęła się odnosić do Any nieco cieplej.
-Zobaczysz, już niedługo będziecie przyjaciółkami - zapewnił ją Jasper.
I Ana miała taką nadzieję, bo ani w dormitorium Slytherinu, ani nigdzie indziej w tej szkole nie miała nikogo, komu mogłaby opowiedzieć o swoich problemach. A tylko wyglądała na taką, która takowej osoby nie potrzebuje.
----
Alice wpatrywała się w okno. Powoli robiło się już ciemno i za oknami padał deszcz. Alice Cullen uwielbiała deszcz. Wtedy trawa i drzewa wyglądały na jeszcze bardziej zielone.. Żałowała, że nie może wyjść i po prostu postać w deszczu, nie może poczuć kropel na swojej twarzy.. Powietrze podczas deszczu jest tak przyjemnie ciężkie, pomyślała i uśmiechnęła się do siebie.
W szybie nie mogła zobaczyć swojego odbicia, ale wiedziała, że jej oczy są teraz czarne jak węgle.. Za każdym razem, kiedy w pobliżu przebywał jakiś człowiek, pragnienie piekło jej gardło i z dnia na dzień było ono coraz większe.. I zwłaszcza one dwie - Lucy i Ana - pachniały wyjątkowo kusząco.
Lucy - westchnęła Alice - pachniała czekoladą. Mleczną. A ta druga, Molly, brzoskwiniami.
I obie były - na własne życzenie - w niebezpieczeństwie, jako dwa tak bardzo pociągające osobniki rasy ludzkiej zadające się z wampirami.
Warto też dodać, że Jasper uwielbia czekoladę.
Alice parsknęła głośnym, melodyjnym śmiechem, który odbił się echem po Pokoju Wspólnym Ravenclawu.
Nagle usłyszała dźwięk przesuwanego kamienia i spojrzawszy w kierunku drzwi ujrzała kogoś, kto zdecydowanie nie powinien się tam znajdować.
-Edward, idioto, mówiłam ci żebyś tu nie przychodził. Ktoś kiedyś zobaczy i--
-Spokojnie, Alice, przecież nikogo tu nie ma.
-Racja. A ty byłeś pierwszą osobą, która o tym wiedziała, przecież.
Edward uniósł brwi.
-Czego?
-Przyszedłem zapytać o Anę. Nie widziałem jej od rana, nie wiem gdzie jest. Martwię się o nią.
-Przecież możesz--
-Nie mogę, wiesz o tym.
-Fakt - zamknęła oczy - poczekaj chwilę.
Alice otworzyła oczy i po chwili gwałtownie odwróciła głowę.
-Za 15 minut będzie w skrzydle szpitalnym ze złamanym nadgarstkiem.
-Co? Jak? Kurwa! - Edward uderzył w drewniany stolik, zostawiając na blacie odbitą swoją pięść. - Nie da się nic zrobić?
-Chryste, po co te nerwy? Nic jej nie jest, to tylko nadgarstek. Ale możesz iść zanieść jej kwiatka, zdaje się, że będzie musiała zostać tam na dłużej.
-Więc to nic poważnego?!
-Carlisle mówi, że to złamanie jest dosyć skomplikowane, ale nic jej nie będzie. Idź ją utul na dobranoc.
---
Po opuszczeniu biblioteki Ana udała się kamiennymi schodami na dół do dormitorium Slytherinu.
Ah, że ta pinda Pince była tak łatwa do wykiwania, myślała Ana, jedno zaklęcie i da mi każdą książkę, o jaką ją poproszę.
Zacisnęła dłonie na wypożyczonym egzemplarzu 1000 najsilniejszych eliksirów i pobiegła w dół.
Zatrzymały ją donośne krzyki i chichoty dochodzące z góry. Rzuciła książkę na posadzkę i pobiegła do miejsca, z którego dochodziły odgłosy
-Smarkerus - krzyczał James celując w Snape'a różdżką - Jak się masz?
-Spierdalaj, Potter - odpowiedział.
-Nie przeklinaj śmierdzielu, bo będę musiał wykorzystać cię jako królika doświadczalnego, a chcę wypróbować nasze nowe zak--
-Och, ale z was idioci - powiedziała nagle wyłaniając się z mroku.
-Molly, jeszcze tylko ciebie nam tu brakuje, dziwko - krzyknął Syriusz odwracając się w jej kierunku.
-Uważaj, Black - syknęła
-Uważaj, Molly - odpowiedział - żeby nie połamać sobie paznokci - parsknął śmiechem, który uderzająco przypominał szczeknięcie psa
-Moje paznokcie zrobią więcej krzywdy, niż twoje dwie różdżki razem wzięte, jeżeli wiesz co mam na myśli - odpyskowała
Black zaniemówił.
Różdżka Jamesa wciąż wycelowana była w Snape'a, ale jego oczy z niekłamaną fascynacją wpatrywały się w Anę.
Jego dłoń nagle drgnęła, odwrócił głowę w kierunku Severusa, wymówił w myślach zaklęcie i snop jaskraworóżowych iskier wydobył się z końca jego różdżki pędząc w kierunku Snape'a.
-Protego! - tamten krzyknął i zaklęcie uderzyło w Anę.
Molly upadła na podłogę.
Po kilku sekundach podniosła się i zupełnie tracąc nad sobą kontrolę podeszła do Jamesa i wymierzyła pięścią w jego twarz.
Wtedy zaklęcie zaczęło działać.
Chrupot łamanych kości cichym echem odbił się po korytarzy i oboje starali się ukryć grymas bólu.
-Złamałaś mi nos, idiotko.
-A ty mi nadgarstek, jebcze, co to było za zaklęcie?
-Zaklęcie łamliwych kości - mruknął najwyraźniej rozbawiony całą sytuacją Syriusz.
Ana wyciągnęła z kieszeni szaty różdżkę i celując nią w przyrodzenie Syriusza rzuciła na niego "mordercze" zaklęcie. Po chwili z dosyć usatysfakcjonowaną miną rzekła
-A to było zaklęcie jajościsku. Będzie trzymać się tak długo, dopóki nie nauczy cię szacunku do kobiet, męska dziwko. - powiedziała, potem odwróciła się do Jamesa, Lupina, Petera i Snape'a - I was też nauczy - dodała rzucając zaklęcia w każdego z chłopców.
Zapomniała o bólu w nadgarstku i uważając na swoje pozostałe kości udała się do skrzydła szpitalnego.
---
-Doktorze Gregory! - wołała Ana - Doktorze Carilisle! Złamałam nadgarstek.
Cisza.
Ana weszła za parawan w skrzydle szpitalnym i zastała tam Rudego z zakrwawionym nosem.
-Matko boska, ty też?!
Carlisle wyciągnął różdżkę i zrobił z nosem Rudego, co należało.
-Za piętnaście minut możesz wyjść - rzucił i zwrócił się do Any
-Nadgarstek mówisz? Pokaż.
Ana posłusznie wyciągnęła prawą dłoń, która zdążyła już odrobinę spuchnąć.
-Zaklęcie łamliwych kości. - mruknął - kto ci to zrobił?
-Ja .. sama.. - nie mogła nic poradzić na to, że przy przystojnym doktorze miękły jej kolana
-Masz mnie za idiotę?
-Potter.. Black.. Pettigrew.. Lupin - syknęła po chwili milczenia.
-Obawiam się, że z tobą nie będzie tak łatwo jak z nim - kiwnął głową na Rudego - kładź się, zaraz coś wymyślimy - powiedział, a Ana odmaszerowała do łóżka, które jej wskazał.
Kiedy Carlisle odszedł Ana odwróciła głowę do Rudego
-Tobie co?
-Pobiłem się z boyfriendem Adeline. Straszny z niego dupek. Ale jest trochę chyba silniejszy.
Po chwili milczenia powrócił Carlisle ze szklanką i butelką Szkiele-wzro.
-Wypij to - powiedział nalewając przeźroczystego śmierdzącego płynu do szklanki i podając ją Anie.
Ana wypiła jej zawartość duszkiem.
-Japierdolękurwamać - syknęła.
-Co powiedziałaś, Molly?
-Że to bardzo mi nie smakuje, proszę pana.
Rudy zachichotał.
-A tobie co się stało? - zapytał Rudy
-Wpierddddd-- znaczy się uderzyłam Pottera w twarz. A to zaklęcie tak wpłynęło na mój cios.
Rudy ponownie zachichotał. Carilsle również wydawał się być rozbawiony.
Carlisle Cullen, wraz ze swoim pomocnikiem, charłakiem Gregorym Housem, byli - wewnętrznie męskimi odpowiednikami Beatrice Dumbledore. Starali się jednak raczej tego nie eksponować, ponieważ bali się o swoje posady. Po szkole chodziły również plotki, że Carlisle kocha gregorego bardziej niż swoją żonę, Esme, która w szkole była nauczycielką zielarstwa, ale z temperamentem Carlisle'a miała niewiele wspólnego.
Do pomieszczenia nagle wpadl Edward.
-Cześć tato - rzucił Edward i podbiegł do łóżka Any
Wszyscy - z wyjątkiem kilku wtajemniczonych osób - byli święcie przekonani, że Carlise i Esme Cullenowie byli biologiczymi rodzicami Edwarda, Alice i Emmeta, oraz adoptowali Rosalie i Jaspera Hale'ów. (Twilight series sobie przeczytajcie.) A prawda była taka, że żadne z nich nie miało więcej niż trzydzieści lat, ponadto, wcale się nie starzeli.
-Ano, wszystko w porządku? - spytał
-Jasne. Chociaż mnie trochę rączka napierdala - szepnęła
Edward przez chwilę wpatrywał się w Carlisle'a, potem spojrzał na ogromną szafę w roku sali i wybuchł donośnym śmiechem.
-Biedna Esme - mruknął
-Co jest?
-Wiesz, co--kto jest w tej szafie i o czym myśli?
-Nie wieeem.
-House. Iiii ma bardzo brzydkie myśli z Carlislem w roli głównej - mówił bardzo cicho
-Żartujesz?! To on jest-- EWW, to okropne.
Ana spojrzała na drewnianą szafę,  potem zerknęła na Carlislea.
Tego wieczora jeszcze niejednokrotnie przyłapała się na imaginowaniu bliższych kontaktów fizycznych dwóch doktorów.
Za każdym razem wybuchała głośnym śmiechem.

Cały przeze mnie, Łiii, radujmy się.
:D

Posted on 08/09/2008 12:07 PM Comments (12)

August 8, 2008

9, 10, 11? Sama nie wiem. Chyba 10.

Następnego poranka przy śniadaniu wśród klas piątych, szóstych i siódmych bardzo głośno było od rozmaitych sprawozdań z zeszłego wieczoru, od komentarzy dotyczących jedzenia, do nocnego zwiedzania komórki na miotły pani Dumbledore. Najwięcej na ten temat do powiedzenia mieli oczywiście chłopcy, niektórzy przechwalali się z kim i gdzie, niektórzy rzucali dziwkami w partnerki, które zostawiły ich dla kogoś innego.
-Dziwka - powiedział przy stole Ravenclawu Iker z głową opartą o blat, wlepiając wzrok w podłogę
-Dziwka - powtórzył chłopak przy sąsiednim stole, z zupełnie kimś innym na myśli.
-Mogłem się domyślić - mruknął do siebie Krukon - ciekawy tylko jestem ile to trwało - uderzył pięścią w stół - Pieprzony. Złotooki. Dupek.
Cedrik zmarszczył brwi.
Chyba nie mogli myśleć o tym samym złotookim dupku. Lucy i Ana nie przepadały za sobą, dlaczego więc miały spędzać noc z tym samym złotookim dupkiem? Na samą myśl o nich o tej samej porze,  tym samym łóżku, tudzież schowku na miotły parsnął głośnym śmiechem.
-A ty co się chichrzesz? - zapytał Iker gwałtownie odwracając głowę w kierunku Puchona
-Wybacz, stary, ale chyba nie myślimy o tej samej oso -- kurwa, to ci jebani Cullenowie - zdenerwował się nagle Cedrik i jeżeli trzymał by coś szklanego w dłoni, z pewnością roztłukło by się to na tysiąc kawałków - Zabiję ich - warknął.
-Szczerze w to wątpię - rzucił zrezygnowanym tonem Iker - to wampiry, są nieśmiertelne.
-Wampiry?! Co oni tu robią?! Przecież mogą zrobić ludziom krzywdę!
-Nie mogą. Podobno mają jakieś pakty, srakty, samokontrola i takie tam. No i pan wszystko-będzie-dobrze-niezależnie-od-tego-jakiej-rasy-i-jak-niebiezpieczny-jesteś Albus się zgodził, więc nic nam do tego.
-Kurwa - po długiej chwili milczenia odezwał się Diggory.
-Nawet dwie.
-------
W dormitorium Slytherinu było prawie pusto. Z jednym (żywym) drobnym, ciemnowłosym, prześlicznym (za dużo przymiotników. XD) wyjątkiem w ciemnym kącie pokoju wspólnego.
Ana Molly leżała na czarnej kanapie z nogami na oparciu i głową zwisającą w dół. W uszach miała słuchawki a z nich wydobywał się głośny łomot.
Oczy miała zamknięte i cicho poskrzekiwała
-...every fucking day, and every fucking night...
Jednak w dormitroium było ktoś jeszcze, o kogo obecności Ana nie miała pojęcia. Nawet gdyby w uszach nie miała słuchawek, z zamkniętymi oczami na pewno nie zauważyłaby że jest tam ktoś jeszcze.
Edward Cullen poruszał się bezszelestnie.
Teraz przyglądał się Anie z trudem powstrzymując się by nie wybuchnąć śmiechem.
Podszedł bliżej, ukląkł koło jej głowy i wyjął jedną słuchawkę z jej ucha.
-Słuchasz mugolskiego metalu? - zapytał, a jego niski głos był jedyną rzeczą, której mogła słuchać godzinami i nigdy by się jej nie znudziła.
Ana otworzyła oczy i mimo że ktoś przerwał jej kontemplację wyglądała na przeszczęśliwą.
-Przeszkadza ci to? - spytała
-Nie. Choć ja gustuję w nieco.. spokojniejszych klimatach.
Ana uniosła brew.
-Nie jesteś na obiedzie?
-My nie jemy, skarbie - odpowiedział Cullen
Brew Any powędrowała jeszcze wyżej.
-Śledzisz mnie?
-Nie.. Chociaż.. Można to tak nazwać... Właściwie chciałem pogadać.. o .. o balu.
Twarz Any kolorem przypominała teraz twarz wampira szepcącego do jej ucha.
Edward uśmiechnął się łobuzersko.
-Więc?
-Dużo się o tobie słyszy w tej szkole. Zwłaszcza wśród chłopców - Ana odwróciła głowę i spojrzała w jego złotawe oczy - Wiem, wiem, podobno to wygląda zupełnie inaczej patrząc twoimi oczami - odgarnął włosy z jej twarzy - ale ani nie zamierzam prawić ci kazań, ani nie będę próbować zmieniać twojego postępowania.
-To do czego zmierzasz? - przerwała mu dotykając opuszkami palców jego zimnego policzka.
-Chcesz ze mną być, czy dalej mieć reputację dziwki? - spytał, a Ana gwałtownie podniosła się z sofy, prawie uderzając głową o swoje kolana,
Edward zachichotał.
-Kurwa. Zaraz. Czekaj. Czy najfajniejsza dupa w szkole właśnie zapytała mnie o chodzenie?
-Coś w ten deseń. Z tym że ja nie chce być twoim chłopakiem, tylko.. ehm.. twoim jedynym więźniem, tym z którym odwiedzasz na każdej przerwie schowki na miotły i tym który sprawia, że twoje jęki słychać koło biblioteki...
-Zbok!
-No ale - kontynuował ignorując ją - jeżeli spełnia to twoją definicja słowa "chłopak", to tak, chcę być twoim chłopakiem.
Ana usiadła po turecki na kanapie przed klęczącym Edwardem, który cierpliwie oczekiwał na jej odpowiedź.
-Jasne, kurwa, że cię chcę - powiedziała całując go w usta.
-------
Syriusz siedział na łóżku w dormitorium Gryfonów obok Margaret i zawiesiwszy wzrok gdzieś w okolicy jej dekoltu rozmyślał o sobotnim balu.
Nagle do pokoju z hukiem wpadł James. Uśmiechnął się przelotnie do Ret i wrzasnął.
-Łaaappaa, za pięć minut, nasza czwórka, ja, Ty, Lupin i Glizdogon, na dole. Smarkerus będzie wracał z samotnego spaceru po Zakazanym Lesie! Pośpiesz się!
Ani Syriusz, ani jego dziewczyna nie zdążyli powiedzieć nawet słowa, gdy wybiegł, trzasnąwszy drzwiami.
Jednak doskonale wiedzieli o co chodziło Jamesowi. Na parterze Hogwartu, przy głównym wejściu chłopcy zaplanowali zaatakować Snape'a nowymi zaklęciami Świńskiego Smrodu, i było to dla nich wielkie wydarzenie. Dla Ret natomiast oznaczało to kolejny wieczór przesiedziany i przeplotkowany w pokoju wspólnym z innymi Gryfonkami. Nigdy nie chciała oglądać znęcania się nad tym tłustowłosym Ślizgonem. Przecież równie dobrze Syriusz mógłby spędzić ten czas z nią. Jednak przez ostatnie dni w ich związku panowała atmosfera zimna, spowodowana przede wszystkim lekcjami Wychowania do życia w rodzinie, i tą głupią, napaloną, cycatą dziwką - Beatrice.
-Wypruję jej flaki-pomyślała Ret-Jak tylko poznam odpowiednie zaklęcia.
Tymczasem Syriusz wlepił wzrok w jej na wpół rozpiętą szatę i zaczął najzwyczajniej w świecie sie wahać. Wiedział, że jeśli pójdzie, tego dnia nie będzie już miał okazji by ją przelecieć. Najgorsze, że nie chodziło tylko o to. Ich związek wisiał na włosku, i Syriusz dobrze wiedział, że to przez niego. No może nie do końca.
Beatrice.
Sam nie wiedział co o niej myśleć. Była nauczycielską dziwką, ale znała się na rzeczy. Łapa nie chciał kontynuować tych szlabanów, ale młoda Belferka skutecznie wabiła go na swoje zaplecze. Nic do niej nie czuł.
Z Ret było inaczej. Tu nie chodziło tylko o codzienne trenowanie Magicznej Kamasutry. Wydawało mu się, że ją kocha. Nie był pewien.
Niechętnie wstał i podrapał się po głowie, starając się nie patrzeć w oczy Margaret.
Niestety mu się nie udało. Zbyt intensywnie o niej myślał, i teraz nie był w stanie przenieść wzroku gdzie indziej.
-Wychodzisz? - zapytała chłodno, ale nie agresywnie.
-E..- odpowiedział inteligentnie Syriusz. Wiedział, że ta sytuacja skończy się tak jak ostatnio -  machnięcie różdżki i guziki szaty Ret się zapną, a ona pójdzie do swojego dormitorium. Zdawał sobie sprawę, że jeśli dalej będzie tak postępował, Margaret odejdzie z jakimś spoconym graczem quidditcha, albo co gorsza, z Jamesem.
Zmierzył swoją dziewczynę wzrokiem.
Albo z kimkolwiek innym - dodał do swoich rozmyślań.
- To idziesz z nimi, czy nie? - powiedziała patrząc na niego swoimi zielonymi, przebiegłymi oczami. -Przecież nie musisz.
-Pójdę - wymamrotał odwracając wzrok i pocałował ją w czoło, po czym pomyślał, że musiało to wyglądać idiotycznie. Ret machnęła różdżką, poprawiła szatę, a następnie popatrzyła na niego jak na łajnobombę i wyszła.
-Cholera, - mruknął Łapa do swojej sowy przerywając nagłą ciszę. Zaczęła skrzeczeć jak opętana, więc wyrzucił ją przez okno.
Co jest przyjemniejsze? - pomyślał -Gnojenie Snape'a, czy noc z długonogą blondynką?. Z moich obliczeń wynika że jestem coraz większym idiotą.
Sowa próbując wrócić do pokoju walnęła w zamknięte okno i spadła.
Dla Syriusza było już za późno na zmianę decyzji.


Bold by Darkragazza666. Mwahah, Patrycja się śmiała.

Posted on 08/08/2008 10:17 AM Comments (6)

August 5, 2008

Odcinek numer dziewięć, bardzo długi. BAL!

Poranek trzdziestego pierwszego października był wietrzy i pochmurny. Nie miało to jednak większego znaczenia, gdyż uczniowie od klas piątych wzwyż nie rozmawiali o niczym innym, jak o Wielkim Balu, który miał odbyć się dziś wieczorem. W dormitorium Gryffindoru przebierankom dziewcząt jak zwykle towarzyszyli James Potter i Syriusz Black. One, rezygnując z obiadu, zaraz po drugim śniadaniu zabrały się za siebie.
Pewien nieznany trzecioklasista patrząc z zazdrością na przygotowujących się do zabawy uczniów starszych klas rzekł głośno.
-Ale będzie wyżerka!
-Ale będzie zabawa! - ucieszyła się Margaret
-No i będzie seks - pomyślał James, ale nie odważył się powiedzieć teog na głos.
----
-Nie idę na żaden bal , nie idę na żaden bal – mówiła Ana każdemu chłopakowi, który zaczepił ją na holu z zamiarem – jak uważała – zaproszenia jej na to jakże wyczekiwane przez wszystkich wydarzenie na ostatnią chwilę. Dobrze wiedziała, że wszyscy najlepsi już dawno byli zajęci i zapewne szykowali się, ćwicząc różne zaklęcia, chcąc zaimponować swoim partnerkom.
-Ale.. Może załapię się na małe co nieco – pomyślała uśmiechając się do siebie łobuzersko. Zamyśliła się i BUM wpadła na kogoś kto przypominał jej ścianę, ani nie drgnął, ona natomiast odbiła się od niego i upadła na ziemie wypuszczając z rąk książki. „Cholera jasna” – pomyślała i chciała je pozbierać, jednak ktoś ją wyręczył.
-Proszę – usłyszała męski głos.
Spojrzała w górę, zauważyła bladą dłoń skierowaną w jej kierunku, chwyciła ją i podniosła się czując bijący od niej chłód, spojrzała na twarz chłopaka, przestudiowała każdy element jego idealnej facjaty zatrzymawszy się na oczach, przechwyciła książki, które trzymał w drugiej ręce,. Nigdy nie czuła się tak zawstydzona w obecności jakiegokolwiek osobnika płci przeciwnej.
-Dzięki.. – powiedziała z udawaną pewnością siebie.
-Nie ma za co.. – na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
-Nigdy nie widziałam cię w naszej szkole, jesteś nowy ? – zapytała.
-Może po prostu mnie nie zauważałaś.. – odpowiedział powoli, uśmiechnął się po raz kolejny i odszedł.
Ana stała jak wryta, nie wiedząc co zrobić „Skoro był tutaj od samego początku, a ja go nie zauważyłam mógł być albo niewidzialny, albo.. albo..” – skrzywiła się – „Albo ja byłam ślepa..”. Westchnęła i ruszyła w stronę biblioteki. Ten zimny i idealny ktoś nie dawaj jej spokoju, nie myślała już o dziewczynie Cedrika, istniał tylko on, nie wiedziała dlaczego wcześniej go nie zauważyła, może była za bardzo pochłonięta zdobywaniem kolejnych ofiar.. Skoro krążył po korytarzach Hogwartu na pewno nie znalazł żadnej dziewczyny, która poszłaby z nim na bal. Wszyscy inni chłopcy których znała siedzieli w pokojach, szykując ubrania, bądź studiowali zaklęcia.
Nie zauważyła nawet że znalazła się w bibliotece, odniosła książki i zauważyła Rudego siedzącego przy jednym ze stołów.
-Cześć !
-O.. Ana.. Cześć..
-Mam pytanie.. Czy znasz.. Takiego jednego, nie znam jego imienia, wysoki, kasztanowe włosy, złote oczy… jest zimny..
-Haha.. Masz na myśli tego wampira-wegetarianina ?
-E.. Chyba.. – odparła – Kurde to dlatego tak na mnie działał – pomyślała.
-Taaa.. To Edward Cullen, wielki pan „spójrz na mnie jestem boski” – powiedział z sarkazmem.
-Aha.. Wiesz dzisiaj wielka noc.. Bal i te sprawy, nie idziesz z Lucy ?
-Nie.. A Ty nie idziesz z Cedrikiem ?
Na dźwięk wypowiedzianego przez Rudego imienia pięści Any zacisnęły się tak mocno, że jej paznokcie wbiły się w jej dłonie.
-Cedrik ? Pff.. Oczywiście, że nie. Czyli nigdzie nie idziesz ?
-Nie wiem, nie mam z kim.
-Idziemy razem ! – powiedziała udając zadowolenie, uśmiechnęła się i zaczęła iść w stronę wyjścia z biblioteki – to do zobaczenia wieczorem !
----------
Do godziny osiemnastej zostało jeszcze piętnaście minut. Tłumy nastolatków zgromadziły się już przy wejściu do Wielkiej Sali. Lily Evans i jej towarzysz Severus stali w najciemniejszym kącie, znowu próbując się ukryć. Lily miała na sobie zwiewną, błękitną sukienkę, ledwo sięgającą do jej kolan,  ("To jest za krótkie, żeby było prawdziwe" - oznajmił Potter wpatrując się w kieckę panny Evans.) a jej długie ciemnorude włosy spięte były w kok. Elish Shrewdness na balu pojawiła się oczywiście z Draconem Malfoyem. Ubrana była w długą, zieloną suknię sięgającą aż do ziemi, która połyskiwała (sparkled.) w blasu świec.("No i wszystko jasne"- skwitował James uderzając głową w niewidzialny mur). Margaret, ze swoją krwisto-czerwoną sukienką z szerokim dekoltem, była najbardziej wyróżniającą się osobą z tłumu. ("Po co ona w ogóle ją ubrała?" - mruknął Syriusz do Jamesa, a ten zachichotał.
Caroline, Ana i Lucy były ubrane były w bardzo podobne czarne sukienki. Przez chwilę nawet Alice Cullen pomyślała, że ubrane są tak samo. (James przymrużył oczy "Brakuje jakiejś czarnej dupy z Hufllepuffu." - zastanowił się Syriusz. Rozejrzał się i po chwili jego usta lekko rozchyliły się. "Rosalie. Kurwa. Hale. Czarna dama z Hufflepuffu. Ale jest niesamowicie piękna." - mówił nieprzytomnym wzrokiem wpatrując się w blond piękność.)
Na ogromnym zegarze w końcu wybiła osiemnasta. Drzwi do Wielkiej Sali w końcu się otworzyły.
--------
 Bal trwał już od jakiegoś czasu. Beatrice i Ville przyszli osobno, ale później ani na chwilę się już nie rozstali. Ona była w długiej do ziemi sukni w kolorze ciemnego wina z odkrytymi ramionami i wyeksponowanym biustem. Kreacja podkreślała jej szczupłą talię i biodra, ku dołowi rozszerzając się w kształcie tulipana. On miał na sobie czarny frak i koszulę w stylu romantycznym. Tańczyli.
-------------
Z drugiego końca sali podniosła się para - Caroline Snape i James Potter. Postanowili zatańczyć. Ich ciała przywarły do siebie. Tańczyli nieprzerwanie i z uczuciem. W pewnym momencie Caroline poczuła, że już mu się nie oprze. Postanowili się wymknąć po kryjomu. James pokazał jej klucz od gabinetu Beatrice. Kiwnęła głową. Po wejściu do komnaty rzucił się na nią jak tygrys, był dziki i nieokiełznany. Caroline próbowała dotrzymać mu kroku. Przycisnął ją do sciany i wiedział, że już jest jego. Nie próbowała się bronić. Przyjęła go z otwartymi ramionami. Składała agresywne pocałunki na jego całym ciele dopóki nie ogarnęło jej najwyższe uniesienie... Przytuliła go mocniej...
--------
Ville i Beatrice wyszli z Wielkiej Sali po północy. Poszli do jego mieszkanka z przerobionego schowka. Kochali się długo i namiętnie. Nie musieli się śpieszyć. Nie bali się, że ktoś ich przyłapie. Ville delikatnie pieścił jej gładkie ciało, jej duży biust idealnie pasował do jego dużych dłoni. Nareszcie była tylko jego, nikogo więcej. Objął ją mocniej i posiadł całą. Utonęli w rozkoszy. Seks z Ville był agresywny w sentymentalny sposób, inteligentny, zmysłowy, mroczny i upajający. Westchnęła i poddała się jego woli...
----------
Syriusz spojrzał na Ret siedzącą samotnie przy stole, podczas gdy inni świetnie się bawili. Podszedł do niej i pogładził ją po włosach.
-Chodź - powiedział.
Zaprowadził ją do dormitorium Gryffindoru. Było pusto. Wszyscy byli na balu. Syriusz zaczął całować szyję, włosy, usta, ramiona dziewczyny... Oddała mu się w milczeniu. Jej długie nogi oplotły go w pasie, dłońmi gładziła jego plecy. Nagle wbiła paznokcie w jego łopatki. Straciła nad sobą kontrolę...
--------
Iker i Lucy stali na rogu ogromnej sali, on z ramionami wokó jej talii, ona wtulona w jego pierś, myślami zupełnie gdzieś indziej.
Waters, opanuj się. On nie jest dla ciebie stworzony dla ciebie. Dobrze wiesz, że jest ktoś lepszy, i ten ktoś czeka na ciebie! - mówił głos w jej głowie
No tak, ale co z nim? Mam mu po prostu powiedzieć, że go nie chce?
Druga połowa Lucy - zdecydowanie nie ta, która pisała list do Rudego - odezwała się:
No a co w tym złego?
Lucy zaczęło kręcić się w głowie. Wtuliła się mocniej w Ikera. Nie miała zamiaru zostawić Jaspera. Podjęła decyzję. Nagle przypomniała sobie o wampirzym darze Alice i zastanowiła się, czy ona wie już o wszystkim. Uśmiechnęła się do siebie, a po chwili oderwała się od Ikera.
-Idę do łóżka.
Iker rozpromienił się.
-Sama.
Zrobił minę, ale puścił ją.
Lucy zaraz po opuszczeniu Wielkiej Sali puściła się biegiem w kierunku Pokoju Życzeń, tam gdzie umówiona była z Jasperem. Dotarłszy do ustalonego miejsca rozejrzała się, ale w ciemnym korytarzu nie było widać nikogo. Dopiero po chwili z mroku wyłoniła się idealna sylwetka wysokiego chłopca o złotych oczach i włosach koloru miodu.
-Lucy - powiedział cicho głosem, który Lucy uwielbiała. Fakt, że wypowiadał jej imię sprawiał, że miękły jej kolana - Jesteś. Przyszłaś.
-Ano, przyszłam - powiedziała przechodząc obok ściany, za którą krył się pokój - Ale gdybyś spytał Alice, wiedziałbyś o tym, że się zdecydowałam wcześniej niż ja sama.
Lucy pociągnęła klamkę i weszła do pokoju. Niewielkiego. Za to z ogromnym łożem małżeńskim na środku.
-Uważasz, że poniosła mnie trochę wyobraźnia? - spytała Lucy a jej policzki poczerwieniały
-Nie, dlaczego - uśmiechnął się łobuzersko - za to uwielbiam kiedy się czerwienisz - powiedział ujmując zimnymi dłońmi jej twarz.
-Zamknij drzwi - rozkazał - przed nami cała noc.
Lucy usiadła na wielkim łożu.
Boże, chyba pierwszy raz nie wiem, co mam-- co powinnam zrobić, pomyślała.
-Lucy - szepnął siadając obok niej - czy coś nie tak?
-Nie, dlaczego - uniosła brew - za to uwielbiam kiedy się martwisz.
Jasper wplótł dłonie w jej włosy i zaczął ją całować. Robił to bardzo delikatnie, jakby Lucy była szklaną figurką.
Ona zaplotła ramiona wokoł jego szyi. Zimne usta Jaspera dotykały jej szyi, potem jej objczyków. Po chwili Jasper oderwał się od niej. Za jeszcze jedno takie spojrzenie Lucy była gotowa oddać wszystko, co ma. Drżącymi palcami zaczęła rozpinać jego koszulę. Rzuciwszy ją na podłogę ponownie zbliżyła swoje usta do jego zimnych warg. Jasper chwycił dłońmi jej szyję, potem jednym ruchem zsunął ramiączka jej sukienki i zaczął namiętnie całować jej szyję. Sięgając swymi lodowatymi dłońmi do jej pleców szybko zdjął jej sukienkę, nie odrywając swoich ust od jej własnych. Lucy obcałowując jego tors zabrała się za jego spodnie. Chwile potem leżała odwrócona do niego plecami pod jedwabnym prześcieradłem.
Dotyk Jaspera na jej nagich plecach sprawił, że wzdrygnęła się lekko.
- Zrobiłem coś nie tak?- zapytał szeptem
-Nie - odpowiedziała, a on zauważył, że po jej policzku spływa łza - nie chodzi tu o ciebie. Tylko o mnie. To ze mną jest coś nie tak.
Jasper zrozumiał.
-Lucy, przestań - szepnął głaszcząc jej długie, rude włosy.
-Przepraszam. Po prostu.. Ja.. nie.. nie mogę.. Nie dziś..
-Spokojnie. Uspokój się, skarbie - Jasper uśmiechnął się chwytając Lucy za rękę.
Położył się obok niej i - wciąż trzymając ją za rękę - czekał aż zaśnie.


Tymczasem Ana siedząc z Rudym na krzesłach przy stoliku nadal rozmyślała o Edwardzie.
-Zatańczysz ? – spytał nagle chłopak.
-Nie umiem tańczyć, mówiłam Ci to..
-Dobry taniec zależy od partnera, który prowadzi partnerkę. – uśmiechnął się.
-Dobra.. Ok.. Jeden taniec, ale ostrzegam, jeżeli zaplączę się w to coś – pokazała na swoją sukienkę, którą pomogła jej wybrać jedna z jej „koleżanek” – masz mnie złapać, żebym nie upadła na podłogę, sam fakt że mam na sobie to coś jest dość upokarzający.
-Ok. – na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, jednak Ana wiedziała, że wolałby być teraz z Lucy.
-Obiecuję Ci, że odbiję Ikera, kiedy tylko znajdziemy się dość blisko, potańczysz sobie z Lucy… Kto wie, może nie tylko potańczysz.. – puściła mu oczko.
Wstali i weszli w tłum, jak na złość zaczęła się właśnie wolna piosenka.
-To tylko taniec – powiedział i położył sobie jej ręce na ramionach, swoje natomiast położył na jej talii.
-No jakbym nie wiedziała.
Zaczęli powoli kołysać się w rytmie muzyki. Ana jak najszybciej chciała znaleźć się w pobliżu Lucy i Ikera, więc robiła coraz to większe kroki. Kiedy byli już dość blisko Ana stanęła.
-Odbijamy – krzyknęła i złapała Ikera za ręce kładąc je sobie na biodrach, oplotła jego szyję swoimi i patrząc mu w oczy pilnowała żeby nie spoglądał na Lucy.
-I jak ci się podoba bal przystojniaku? – zaczęła.
-Bardzo – powiedział, a jego dłonie zjechały niżej.
-Ahaa – podniosła jedną brew. – To dobrze.. Mam prośbę, mógłbyś mi przynieść coś do picia ? – uśmiechnęła się zalotnie, a chłopak ruszył w stronę wielkiej misy w ponczem.
-Misja wykonana – powiedziała do siebie poprawiając ramiączka od sukienki.
Odwróciła się idąc w stronę wcześniej zajmowanego przez nią krzesła jednak siedział na niej Cedrik.
Pomachał do niej nieśmiało.
-Ślicznie wyglądasz .
-Żartujesz ?! Czuję się w tym czymś jak w kaftanie bezpieczeństwa- odparła chłodno.
-Eh.. Zatańczymy ?
-Ja nie tańczę…
-To co robiłaś z Rudym i Ikerem ?
-Bujałam się w rytmie muzyki.
-To taniec.
-No wooooow. Nie tańczę z takimi imbecylami jak ty. – uśmiechnęła się wrednie.
-No Chyba że.
Nagle za Cedrikiem pojawił się Edward, schodził schodami, stąpając pewnym krokiem na każdy stopień. Za nim szedł Jasper, Ana dowiedziała się wcześniej, że był on przybranym bratem Edwarda. Spojrzała w ich stronę, nagle jej wzrok spotkał się ze wzrokiem Edwarda. Uśmiechnęła się nieśmiało. Odwzajemnił uśmiech i zaczął iść w jej stronę. Spojrzała na Cedirka. Kiedy podniosła wzrok Edward stał już obok niej.
-Zatańczysz ? –spytał uprzejmie wyciągając w jej kierunku dłoń.
-Z przyjemnością – odparła , podała mu swoją i ruszyli w stronę tłumu, odwróciła się i pomachała Cedrikowi uśmiechając się triumfalnie.
Po raz kolejny trafiła na wolną piosenkę, jednak tym razem bardzo się z tego powodu ucieszyła. Położyła swoje dłonie na zimnej szyi Edwarda, przeszedł ją dreszcz, chłopak położył swoje dłonie na jej biodrach i przycisnął ja lekko do siebie. Uśmiechnęła się i przywarła do niego jeszcze bardziej. Zaczęli tańczyć.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że mogę czytać mu w myślach ? – przerwał jej rozmyślania.
-Tak ? Co pojawiło się w jego mądrej główce kiedy mnie porwałeś ? – spytała szeptem.
-Scena w której dusi mnie rękoma, potem skacze po mnie, a pod koniec podpala moje niby martwe zwłoki.
-Oo… Nie ma co.. Musisz się go bać..
-Chyba zacznę.. I pomyśle o częstszym porywaniu ciebie, żeby zrobić mu na złość.
-Żeby tylko zrobić mu na złość ? – odparła ze złością.
-No.. Nie tylko – przysunął swoją twarz do jej tak że ich usta dzieliły centymetry.
-Nie wiem kim jesteś i co takiego jest w tobie, ale bardzo mi się to podoba – powiedziała i zaczęła go całować.
Nagle niewinny pocałunek przemienił się w ostry wręcz brutalny, z samego centrum tłumu przenieśli się pod ścianę dziewczyna przyparła go do niej mocno, jednak on niczego nie poczuł.
-Łamię swoje zasady – wydyszał cicho.
-Ja swoje też – powiedziała uśmiechając się łobuzersko.
Z Sali przenieśli się na korytarz, nie przestając się całować, weszli do jednej z łazienek prefektów. Na jej samym środku znajdowała się wielka wanna, mimo że nie było w niej wody weszli do niej. Ana oparła się o jej bok i przycisnęła do siebie Edwarda. Zaczęła rozpinać jego koszulę. Lekko dyszała, chłopak zabrał się za zdejmowanie z niej sukienki, jednak mu to nie wychodziło..
-Gdzie to coś ma zapięcie ?!
-Tutaj – pokazała mu i zsunęła zamek błyskawiczny w dół.
Po dobrych pięciu minutach uporali się z fałdami i koronkami, śmiejąc się przy tym. Wreszcie Ana rozpięła pasek Edwarda i zsunęła jego spodnie.
-Na pewno chcesz to robić z pierwszym lepszym chłopakiem wampirem ? – nacisnął na słowo „wampir”.
-Raz się żyje – uśmiechnęła się i zaczęła całować jego nagi tors. - Ej czekaj.. – odepchnęła jego ręce zjeżdżające ku dołowi - Pamiętasz któreś z tych zaklęć ?
-Nie wiem chyba jedno.. a Ty ?
-Jedno jedyne, mam nadzieję, że wystarczy nie chce być sensacją w szkole – zaśmiała się.
-Nie bój się..
-Nie boje – sięgnęła po torebkę i wyciągnęła z niej flakonik z eliksirem – mam jeszcze to – wypiła jego zawartość i oddała się Edwardowi.
Dyszeli głośno, całując się, biodra Edwarda ruszały się w równym tempie. Ana jęknęła głośno i opadła bezwładnie na dno wanny, Edward położył się koło niej, oparła swoją głowę na jego torsie, zimno bijące od jego skóry powoli ochładzało ją, jej oddech stopniowo wracał do normalnego tempa.
-To wszystko co wygadują tamci chłopacy to prawda.
To nie było pytanie, raczej stwierdzenie.
-Nie – odpowiedziała, wiedząc że Edward nie oczekiwał odpowiedzi.
-Czekaj. Czyli mówisz, że do niczego pomiędzy wami nie doszło ?
-Nie – spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
-Ahaa – odwzajemnił uśmiech i pocałował ją w czoło.

Italic - Patrycja, Bold - Beata. Postanowiłyśmy z Patrycją, że z okazji tego, że w temacie 'Co robisz obecnie - w tej chwili' doszłyśmy do 1000 odpowiedzi nie będziemy rozdzielać tego odcinka na dwie, trzy czy ileśtam cześci.
Kocham Was, Patrycja też!
Enjoy!

Posted on 08/05/2008 10:56 AM Comments (6)

Odcinek ósmy. W końcu.

Uczniowie tłoczyli się pod klasą i nasłuchiwali. było już dawno po dzwonku, a żona Dumbledora nie przychodziła. Jednak z sali dochodziły uszu młodych czrodziejów coraz głośniejsze jęki i westchnienia. W końcu Rudy zdecydował sie otworzyc drzwi... Ci co stali na przedzie zobaczyli Beatrice i jakiegoś mężczyznę na biurku... w sytuacji niedwuznacznej... półnagich...
- Hufflepuff minus 20 punktów! Dzięki Tobie Torres - powiedziała Beatrice zapinając bluzkę - A każdy, kto zechce opowiedzieć komukolwiek co tu widział ma szlaban i będzie spędzał popołudnia na sprzątaniu toalet. Siadajcie na miejsca. To jest profesor Vile Hermanni Valo, który przyleciał dziś z Finlandii i to on poprowadzi dzisiejsze zajęcia. Oddaję mu głos.
- Witajcie. Chciałbym opowiedzieć Wam o starej księdze, której stworzenie przypisują sobie od wieków mugole... W rzeczywistości jest to dzieło wybitnego czarodzieja ze wschodu, znawcy sztuki kochania... Zapoznamy się dzisiaj z Kamasutrą."
-Ooo, a czy każde z nas dostanie kopię tej książki, żeby poczytać ją.. do poduszki? - zapytała Lily
-Oczywiście - odpowiedział Valo niskim głosem, który nieziemsko ją pociągał.
-Zapytaj, co możesz zrobić żeby dostać u niego szlaban i poczytać z nim tą książkę - mruknęła do niej Lucy.
-Co powiedziałaś, Waters? - zapytał profesor z Finlandii
-Nic, nic. Lily - pokazała na dziewczynę - bardzo by chciała poczytać z panem tę książkę.
Valo roześmiał się.
-Jedna chce u mnie szlaban, a druga na niego zasługuje... Powiedzcie mi co mam zrobić - mruknął Valo
-Niech pan profesor da szlaban i jednej, i drugiej. Evans mówiła, że nigdy nie próbowała w trójkącie - z końca sali dobiegł rozbawiony głos Rudego.
Lucy odwróciła się i spojrzała na niego. Wyglądał na rozbawionego, ale jego oczy były dziwnie szare i smutne. Poczuła niemiłe ukłucie w żołądku i nagle strasznie zrobiło się jej jego żal. Po raz kolejny....

"Lekcja WDŻ dobiegła końca. W klasie pozostało już niewiele osób.
-Snape zostań proszę - powiedziała Beatrice
-Dobrze pani profesor.
-Wiem, że jesteś dobry z eliksirów. Jesteś mi potrzebny. Mam zamiar przeprowadzić za tydzień zajęcia z użyciem eliksirów. Pomożesz mi je przygotować? A poza tym potrzebuję jeden dla siebie... - powiedziała zagadkowo.
-Nie ma sprawy, pomogę pani.
-Dziękuję. Przyjdź do mnie po kolacji. A teraz możesz już odejść.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Do Wielkiej Sali wbiegali ostatni spóźnialscy. Kolacja już się rozpoczęła. W pewnym momencie Dumbledore uciszył młodzież i poprosił o głos.
-Moi drodzy! Jak już zapewne wiecie, 31 października, w Noc Duchów odbędzie się wielki bal, dla klas piątych, szóstych i siódmych. Za organizację balu odpowiedzialna jest prof. Beatrice. Wszelkie pomysły i chęć pomocy zgłaszajcie do niej. No, wracajcie do jedzenia - zakończył.
Po posiłku żona dyrektora poszła do swojego gabinetu. Pod drzwiami czekał już Snape.
-Widzę punktualny jesteś - uśmiechnęła się Beatrice po czym weszła do klasy - Severusie, potrzebny jest nam na następne zajęcia eliksir kwiatu czereśni. Wiesz co to, prawda?
-Tak, oczywiście. To eliksir pozwalający określić kobiecie dni płodne i niepłodne - wyjaśnił.
-Dobrze. A więc pomożesz mi go przygotować. Potrzebuję również eliksir niewidzialności. Ale to już dla mnie prywatnie. Muszę coś sprawdzić... Sporządzisz go dla mnie?
-Tak, to nie problem.
-Ale zatrzymaj to w sekrecie.
-To może być trudniejsze... - powiedział uczeń - Eliksir kwiatu czereśni mogłaby pani sama spokojnie przyrządzić, musiała się pani tego uczyć na studiach. Ale eliksir niewidzialności jest już bardziej skomplikowany w sporządzaniu, trzeba być bieglejszym w sztuce. Po to jestem pani potrzebny.
-Ok. Po to. To czego chcesz w zamian?
-Chcę zobaczyć panią nago.
-Słucham? No, no... A ja zawsze myślałam, że ty taki niewinny jesteś. Tylko Evans i nic więcej...
-Chce pani eliksir? I dochowaną tajemnicę?
-Jesteś przebiegły Snape. Dobrze zgadzam się.
Beatrice wstała i rozebrała się. Snape wydawał się usatysfakcjonowany.
-Zadowolony? Podobało się? - wycedziła zakładając jeansy
-No jasne. Eliksir dam pani na następnych zajęciach.
-A dyskrecja?
-Ma pani jak w Banku Gringotta - zaśmiał się Severus
-Dzięki Sev.
-------
-Proszę. Oto pani eliksir - powiedział Snape, podając Beatrice niewielką buteleczkę z granatowym płynem.
-Dziękuję. Możesz usiąść. Zaczynamy zajęcia. Dziś nauczymy się trochę o eliksirze kwiatu czereśni. Taka lekcja przydatna bardziej dziewczętom. Eliksir ten pozwala określić kobiecie dni płodne. Tutaj macie pergaminy z przepisem. Samo przyrządzenie nie wymaga jakichś wielkich umiejętności i trudno dostępnych składników, ale trzeba dojść do wprawy w jego warzeniu. Niezwykle rzadko zdarza się, aby ktoś przygotował go bezbłędnie przy pierwszym podejściu. Także dziś poświęcimy zajęcia na dochodzeniu do wprawy. Bo jak znam życie na lekcji eliksirów takiego nigdy nie będziecie warzyć... Do dzieła. W międzyczasie chciałam Wam wspomnieć jeszcze o Eliksirze Nienarodzonego. Wie ktoś co to za eliksir? Nikt? Nawet TY Snape? Otóż to test ciążowy moi drodzy. Niezawodny. Nie będziemy go sporządzać na zajęciach, ale przygotowałam dla każdej z Was pergamin z przepisem. W razie czego.


Odcinek w całości napisany przez Beatę, z moimi drobnymi korektami, bo nam się kiciuś trochę zagalopował. Jeszcze może dziś wieczorem dodam odcinek z balem i dawaniem dupy. Bądźcie cierpliwe!

Posted on 08/05/2008 3:37 AM Comments (4)

July 21, 2008

Seven.

Na kolejne zajęcia uczniowie przyszli z nadzieją, że będzie się wiecej działo... Już od wejścia dało się zauważyć zmiany - klasa była spowita półmrokiem, co i rusz stały świeczniki z płonącymi świecami.
- Dzisiejszy temat to "Magiczna antykoncepcja". Sądzę, że Wam się przyda. Nie chcemy tutaj przecież ciężarnych czarownic - rozległ się głos Beatrice - Jest wiele metod magicznych, choć mugolskie też nie są złe. Tak więc ja polecam eliksir ze smoczych łusek - łatwy w przygotowaniu i niebywale skuteczny. Jako ciekawostkę dodam, że istnieje również elisir dziewictwa - po wypiciu go znów stajesz się dziewicą. Ale nie polecam, bo powoduje okropne skutki uboczne... Można również zastosować zaklęcie ochronne przed ciałami obcymi - działa dobrze nie tylko przeciw bakteriom, ale i przeciw plemnikom. Zaklęcie magicznej przesłony też jest dobre - coś mniej więcej jak mugolska prezerwatywa, ale o wiele skuteczniejsza, nie pęka. Black! Przestań natychmiast!
- O co chodzi pani profesor? - z niewinną miną spytał Syriusz.
- Ty już dobrze wiesz o co. Masz szlaban. Widzę Cię dziś wieczorem u mnie w gabinecie. Otwórzcie swoje podręczniki na stronie 242, przeczytajcie rozdział, znajdziecie tam więcej przykładów wrza z opisami i zacznijcie pisać referat na temat, która metoda według Was jest najlepsza. Do dzieła. - powiedziała Beatrice i zajęła się czytaniem magazynu "Metalowa Czarownica". Po pewnej chwili dało się słyszeć jakieś szmery w kącie klasy...
- Lumos! - zareagowała żona Dumbledora - Na wszystkich przeklętych czarodziejów! Rudy... Nie po to uczę Was wychowania do życia w RODZINIE, zebyś mi na lekcjach się wyrabiał takie rzeczy. Shrewdness, Malfoy, już wam się zachciało wypróbować tych zaklęć antykoncepcyjnych? Brawo, dziesięć punktów dla Slytherinu. A teraz koniec lekcji. Możecie się rozejść.
***
Rozległo się pukanie do drzwi i do klasy wszedł Syriusz.
- Zamknij za sobą drzwi i siądź proszę - powiedziała Beatrice wskazując na kanapę naprzeciw siebie - Nie jesteś prefektem, prawda Syriuszu?
- Yhm - przytaknął.
- A chciałbyś być?
- No pewnie! Większy prestiż, więcej dziewczyn!
- Ha! Niezła konkluzja Black. Mogę sprawić, że od jutra będziesz prefektem, ale nie za darmo. Oczekuję drobnej przysługi. Dowodu wdzięczności. Tu i teraz.
Syriusz w lot pojął o co jej chodziło. Pomyślał, że jest dobrze - Beatrice jest młoda i atrakcyjna, a im większa praktyka tym bardziej będzie mógł zaimponować Ret. Machnął różdżką i w komnacie rozległa się nastrojowa muzyka. Powoli zaczął rozpinać jej bluzkę... Beatrice lekko osunęła się w jego ramiona...
***
Trzydziesty pierwszy października był przez uczniów Hogwartu najbardziej wyczekiwanym dniem, oprócz Wigilii i dwudziestego czerwca. Profesor Dumbledore, uczniom od piątych klas wzwyż obiecał bal z okazji Nocy Duchów. Dla większości była to oczywiście świetna okazja, żeby nawalić się piwem kremowym i mieć to za usprawiedliwienie w przypadku złamania kilku punktów regulaminu szkolnego.
Znaczna większość męskiej części uczniów - z Syriuszem Blackiem na czele sądziła, że w najgorszym przypadku dostaną szlaban u Beatrice Dumbledorem, a do tych Black już przywykł i - całkowicie szczerze - przyznał, że je uwielbia.
Jedyną osobą, której to nie bawiło, była Margaret, która czuła się niezmiernie głupio, wiedząc że jej chłopak, a w zasadzie jeden z jej chłopaków, jest trenowany w tej i owej dziedzinie przez nauczycielkę przedmiotu niezwykle kontrowersyjnego i budzącego niepokój u ministra magii.
Albus Dumbledore wydawał się być jednak trochę zbyt beztrosko nastawiony do zaistniałej sytuacji. W ogóle nie przejmował się, że Ernest Greengrass obecny minister magii bez ogródek wypowiadał się na temat nowego przedmiotu w Hogwarcie, stanowczo nalegając by został on usunięty z listy przedmiotów nauczanych w Szkole nie tylko Magii i Czarodziejstwa.
Dumbledore miał też głęboko gdzieś fakt, że jego żona, o pięćdziesiąt lat młodsza atrakcyjna brunetka, ćwiczy zadania praktyczne ze swojego przedmiotu z uczniami, a w garderobie trzyma fińskiego nauczyciela transmutacji.
Tak więc do trzydziestego pierwszego października i wielkiego balu z okazji Nocy Duchów pozostało jeszcze cztery dni. Dziewczęta w dormitorium Gryffindoru przechwalały się swoimi skąpymi sukienkami, a Potter i Black z ochotą przyglądali się im.
Ana Molly stwierdziła, że jeżeli długość jej sukienki ma odzwierciedlać jej poziom napalenia ("im bardziej jesteś napalona, tym krótsza powinna być twoja sukienka" - powiedział wczoraj po zaklęciach James, a Lily prychnęła pogardliwie) lepiej żeby poszła nago.
Lucy bardziej była zajęta Ikerem niż swoją sukienką i oznajmiła mu szeptem, że skoro idzie z nim, to nie ma znaczenia, co będzie miała na sobie.
Iker tylko się uśmiechnął uznając to za komplement.
***
Paru uczniów Hogwartu krążących po korytarzu mogło usłyszeć głośne „wow”, po czym drzwi schowka na miotły otworzyły się powoli. Przez małą szparę wychyliła się głowa, duże oczy spojrzały w prawo, w lewo, prosto, a następnie głowa schowała się, ze schowka wypadł chłopak, został wypchnięty, poprawił fryzurę i odszedł chwiejnym krokiem.  Po kilku minutach, drzwi schowka otworzyły się ponownie i wyszła z nich dziewczyna, chowając różdżkę do kieszeni. Poszła w innym kierunku, tymczasem wypchnięty chłopak zaczął głosić dobrą nowinę na prawo i lewo… Ana Molly jak pająk złapała w swoją sieć niewinną ofiarę. Przeszła kilkanaście kroków, przepychając się pomiędzy tłumami uczniów wylewających  się z klas kiedy usłyszała za sobą głośne „HEJ ! ANA !” Odwróciła się i zauważyła twarz pana Diggory’ego, przyspieszyła i skręciła w lewo. Tak, uciekała przed nim, na pewno już usłyszał wieść o wydarzeniu sprzed paru minut, w końcu był prefektem..  Za następnym zakrętem skręciła jeszcze raz w lewo i wpadła na kogoś.
-Unikasz  mnie ?
-Co ? Nie ? Wo-wołałeś m-mnie ? - wyjąkała poprawiając włosy które spadły jej na twarz.
-Tak, wołałem tak głośno że odwracały się osoby idące przed tobą.. – nacisnął na słowo „przed”
-Aha.. e.. Nie usłyszałam, wybacz. - chciała iść dalej.
-Czekaj.. e..
-Tak ? - przerwała mu patrząc głęboko w jego oczy, wiedziała że to go onieśmieli.
Zrobił się czerwony, jego pewność siebie ulotniła się
– Masz dzisiaj czas koło 18 ? To znaczy.. Jesteś zajęta.. Znaczy..
-Jeżeli chcesz mnie gdzieś zaprosić, poprosić żebym gdzieś tobą poszła, po coś.. niestety nie mam czasu.. Muszę odrobić lekcje..
-Aha.. No trudno… - wymamrotał i odszedł.
Uśmiechnęła się i ruszyła w stronę dormitorium Slytherinu, zauważyła chłopaka podbiegającego do innych i krzyczącego coś.
Nagle wzroki grupki chłopaków znalazły się na niej, szła dalej ignorując ich.  Weszła do dormitorium i rzuciła się na sofę, spojrzała na zegar była 16.55.  Spojrzała na całującą się pare.
-Te Malfoy, schowajcie się.. - powiedziała wrednie.
Oderwał usta od ust pewnej dziewczyny
–Spadaj.
Zsunęła się z sofy i spadła na podłogę
– Proszę, a teraz.. Idźcie do innego pokoju, obrzydzacie mnie.
Powiedział coś, podniósł się, złapał dziewczynę za rękę i wyszli. Ana położyła się na sofie, przewróciła na prawy bok i przycisnęła twarz do poduszki . Zasnęła i obudziła się parę minut przed 18, wstała i jak zwykle źle się poczuła, nie umiała spać po południu, może umiała, ale nie czuła się za dobrze po przebudzeniu… Umyła zęby i wyszła na dwór, usiadła na ławce i patrzyła na przesuwające się po niebie chmury.. Ktoś usiadł koło niej, spojrzał na nią uśmiechając się jak głupek. Odwróciła głowę w stronę tej osoby.
-I jak? Z Lucy?
***
Tymczasem  Cedrik wychodził z Hogwartu, chciał iść nad jezioro.. Zaczepiła go jakaś dziewczyna, ta sama z którą całował się Malfoy.
-Szukasz kogoś? Może Any?
-Nie, ona jest zajęta, prosiłem ją żeby poszła ze mną nad jezioro.. Ale musiała odrobić lekcje..
-Żartujesz?! Siedzi z jakimś chłopakiem na ławce, uśmiecha się do niego i wygląda tak jakby chciała się na niego rzucić – koloryzowała.
-Co?
-Zobacz, tam na ławce siedzą – pokazała palcem.
Cedrik odszedł parę kroków i spojrzał na ławkę, zauważył Anę, ruszył w jej stronę.
***
-Dobrze.. - uśmiechnął się
-To dobrze..  Chociaż  Tobie się powodzi - westchnęła, w tym samym momencie zawiał wiatr i poczuła perfumy Cedrika.- No i musisz dodać do tego kilka liści pokrzywy – mówiła bardzo głośno.
Spojrzał na nią dziwnym wzrokiem, zauważył jednak Cedrika więc wykrzyczał
– AHAAAA.. Nie wiedziałem, że potrzebna też jest pokrzywwwaaa..- Cedrik wszystko usłyszał – cześć Cedrik, szukasz kogoś ?
Spojrzał na nich uśmiechnął się sztucznie, zdał sobie sprawę z  tego, że Ana nie chciała go widzieć, dlatego od razu zaczęła mówić o eliksirze. - taaak.. szukam mojej dziewczyny..
Ana spojrzała na niego, w jej oczach pojawiły się łzy, zaczęła szybko mrugać.
-Ty płaczesz? – zapytał Rudy.
-Nie.. to od wiatru.. – wstała i pobiegła w stronę wejścia, wpadając na śmiejącą się Shrewdness.
-To już wiem o co jej chodziło.. – pomyślał głośno Rudy, wstał i odszedł…
 
Hesus, jak śmiechowo. Bold - Scumm. Italic - Himangel1508. Podoba mi się to wszystko coraz bardziej. Tak trzymajcie, dziewczęta!

Posted on 07/21/2008 10:42 AM Comments (8)

Odcinek sześć.

Lucy zrobiło się strasznie głupio, gdy usłyszała co ludzie opowiadają o niej i Rudym. Wszyscy twierdzili, że jest głupią szmatą, natomiast Rudym zainteresowało się ostatnio wiele dziewcząt pragnąc go pocieszyć. On jednak nie interesował się owymi napalonymi nastolatkami, które przyszły poprawić mu humor w dosyć niekonwencjonalny - biorąc pod uwagę stan Rudego - sposób.
Często można było go zobaczyć przechadzającegos się samotnie korytarzami, wpatrującego się smutnym spojrzeniem w okna. Rzadko go widywano w Wielkiej Sali na posiłkach, i coraz częściej nie pojawiał się też na lekcjach. Ale nie było osoby w Hogwarcie, która martwiła się o niego bardziej niż Lucy. Prziecież to ona to wszystko zaczęła. To ona była odpowiedzialna za jgo depresję.
Pomimo że jej miłosna przygoda z obrońcą drużyny Raveclawu, niejakim Ikerek Cassiliasem, nabierała coraz to wyraźniejszych barw, ona wciąż w głowie miała Rudego i to, co przez nią się z nim stało.
Lucy już dawno postanowiła, co zrobi w zaistniałej sytuacji. Rozmowa była najlepszym wyjściem, jednak Lucy nie potrafiła po tym wszystkim po prostu podejść do Rudego po lekcji i zagadać.
Wyjęła kałamarz, pióro i pergamin i po długim namyśle zaczeła pisać.
 
Drogi Rudy,
Jak to się stało, że cała szkoła o nas mówi?
Słuchaj, jest mi niezmiernie głupio, że tak wyszło. Nie myśl sobie, że to było od początku tak zaplanowane. To.. to wymknęło się spod kontroli. I naprawdę nie jest mi na rękę, że cała szkoła ma mnie za ostatnią pizdę. Naprawdę nie chciałam, żostał obwołany największą ciotą w Hogwarcie, bo ktoś zobaczył jak płaczesz na korytarzu. To chyba nienajgorzej o tobie świadczy, że nie machnąłeś na to ręką i nie poszedłeś przewalić się z pierwszą lepszą, którą spotkałeś.
Wierność.
Tak.. to chyba to..
Wiesz.. tamtego dnia, kiedy to się stało, właśnie wierność kazała.. podpowiedziała mi co mam zrobić. Ja.. ja już wtedy z nim byłam. Nie chciałam.. sam wiesz..
I to naprawdę nie jest tak proste, na jakie wygląda.
I możesz myśleć, że zburzyłam twoje nadzieje, tak jakbym robiła to conajmniej dwa razy dziennie.. Widzisz.. to .. to była tylko udawana pewność siebie. Zaraz potem, kiedy odbiegłeś, chciałam cię przeprosić za to, że może potraktowałam cię zbyt ostro.
Nie wiem, czy zrozumiesz.. Nie wiem, czy jesteś w stanie mi wybaczyć.. Nie wiem, czy w ogóle przeczytasz ten list.
I mimo że nie potrafię przemówić ludziom do rozumu, mimo że nie jestem w stanie kazać ludziom po prostu odwalić się od nas, chciałam cię przeprosić.
Bo to nie tak miało wyglądać.
Lucy.

Lucy wsadziła list do koperty i wybiegła z dormitorium, nie zważając na to, żę była druga w nocy. Wspięła się kamiennymi schodami do sowiarni. Podeszła do niewielkiej sówki śnieżnej i dała jej list.
-Zanieś to do dormitorium Hufflepuffu. Sypialnia chłopców - szepnęła - daj to Rudemu. Torresowi, rozumiesz? - sówka zahuczała potwierdziająco i odleciała.
Lucy wróciła do dormitorium, weszła cicho do sypialni dziewcząt i rzuciła się na swoje łóżko. Cały czas wpatrywała się w okno, w nadziei, że Rudy nie śpi, i że odpowie na jej list.
**
Od chwili kiedy Lucy wysłała list do Rudego, plotki na ich temat nie ustały, ale zauważyła, że Rudy przestał ją ignorować, a wczoraj po zielarstwie odważył się nawet uśmiechnąć się do niej. Lucy potraktowała to jako pozytywną odpowiedź na swój list.
 
Między Adeline i Brendonem działo się coś dziwnego. Raz widziano ich sklejonych ustami, a innym razem można było ich przyłapać na wzajemnym obsmarowywaniu się w gronie przyjaciół. To pewnie jakiś kryzys w ich związku, pomyslała Lucy i wróciła do wertowania książki do transmutacji.
 
Pomimo że Ana i Cedrik zaprzeczali, że są parą, Lucy niejednokrotnie przyłapała ich w miejscach, które bynajmniej nie wskazywały na ich przyjaźń. Jeżeli nawet byli tylko przyjaciółmi, Lucy stwierdziła, że Molly ma takich przyjaciół o wiele więcej, bo po korytarzach błąkała się również z innymi osobnikami płci męskiej.
 
Elisha Shrewdness wraz z Draconem Malfoyem swoich uczuć nie starali się ukrywać, a że byli parą wyniosłych Ślizgonów z wyższych sfer, uważali się za kogoś lepszego od innych i byli święcie przekonani, że każdy im zazdrości bycia tak wspaniałym, mądrym i bogatym.
 
Remus Lupin, zwykle samotny i przygnębiony, znalazł w końcu kogoś kto jest w stanie dotrzymać towarzystwa i rozbawić wilkołaka w wieku dojrzewania. Była to Sanny Grance, ta, która wraz z Aną Molly została wydalona z Beauxbatons.
 
Severus Snape i Lily Evans nadal trzymali swój związek w ukryciu. Udawali, że nic między nimi nie ma, a gdy spotykano ich razem na korytarzach, zachowywali się jakby widzieli się na oczy po raz pierwszy.
 
Caroline Snape i Margaret Succubus sprawiały wrażenie takich, które przynajmniej raz w tygodniu zamieniały się swoimi partnerami. Jamesa Pottera czasami widywano z Margaret obściskujących się, a innym razem w towarzystwie Caroline opuszczającego  schowek na miotły z włoasmi rozczochranymi bardziej niż zwykle.
 
Lekcje wychowania do życia w rodzinie z panią Dumbledore, częściej nazywane były po prostu lekcjami seksu, bo seks był jedyną rzeczą, która niezmiennie pojawiała się na nich.
Beatrice Dumbledore wciąż dawała szlabany niezaspokojonym uczniom klas piątych, ale ona także każdego poranka po odbytej karze zdawała się byc dziwnie rozluźniona, a chłopcy, którzy byli karani za swoje wybryki przy śniadaniach sprawiali wrażenie zaspanych i z rozmarzonym wzrokiem obserwowali stół, przy którym posiłki spożywało grono pedagogiczne. Dziewczęta z ich rocznika, pomimo niepokoju starały się przymykać na to wszystko oko, bo "przecież profesor Beatrice jest nauczycielką..."
**
Jako że kilkakrotnie już pojawiało się pojęcie 'lekcje Beatrice' w toku akcji czas, aby dowiedzieć się o nich czegoś więcej...

Klasa prof. Beatrice znajdowała się na 1 piętrze w końcu korytarza. Zajęcia z wychowania do życia w rodzinie mieli jednocześnie mieszkańcy wszystkich czterech domów z danego rocznika. Tego dnia przypadło na klasy 5. Wszyscy zastanawiali się na czym miałyby polegać te zajęcia i jaka będzie żona Dumbledora. Nagle drzwi otworzyły się pod wpływem zaklęcia i młodym uczniom ukazało się wnętrze klasy... Ściany były obite czerwonym aksamitem, zamiast ławek i krzeseł stały okrągłe stoliczki z mahoniowego drewna i czerwone kanapy. W oknach wisiały karminowe, ciężkie kotary przez które sączyły się promienie słoneczne. Za biurkiem siedziała młoda, ciemnowłosa kobieta. Jej długie, czarne włosy opadały falą na ramiona i kierowały wzrok patrzącego na wypełniający odkryty dekolt w jej ubraniu obfity biust. Była w mugolskich ubraniach. Gestem zaprosiła uczniów do środka i odczekawszy chwilę  aż młodzi się rozsiądą zaczęła mówić:
-Witajcie. W tym roku rozpoczyniacie naukę Wychowania do życia w rodzinie. Osobiście nie podoba mi się ta nazwa, ale Albus chciał, aby te lekcje tak się właśnie nazywały. Albus jest mądry, ale taki... taki niepraktyczny... Nazwa swoją drogą, a w rzeczywistości to... to sami zobaczycie - ciągnęła uśmiechając się tajemniczo - Chciałabym żeby panowały między nami stosunki raczej przyjacielskie, w końcu nie jestem taka stara. Kończyłam tą szkołę zaledwie 4 lata temu. Wiem co tu się wyprawia po zajęciach... Może na początek ustalmy zasady. Po pierwsze: pod żadnym pozorem niech wam nie przychodzi do głowy korzystać ze schowka na miotły nieopodal gabinetu dyrektora - dobrze radzę. Ściany mają uszy, moi drodzy. Po drugie: mój gabinet stoi dla Was zawsze otworem.. Wystarczy się zgłosić po klucz, gdy wszystkie schowki będą zajęte lub będziecie chcieli większego spokoju...Są jakies pytania?
Zapadła cisza, jednak po chwili z końca sali odezwał się głos:
- A będą zajęcia praktyczne?
- Będą, ale za jakiś czas, nie wszytsko od razu. Panno Waters! Powiedziałam wyraźnie: ZA JAKIŚ CZAS. Proszę zabrać te ręce z Casillasa.
W tym momencie zabrzmiał dzwonek na przerwę. Klasa pustoszała.

 
Ten list jakiś taki chujowy mi wyszedł. A wieczorem dodam może kolejną część, niby zaległą... Mam juz napisaną, ale jeszcze nie przepisaną. Pogrubione by Himangel1508

Posted on 07/21/2008 1:33 AM Comments (8)

July 19, 2008

Rozdział 5.

Ana Molly leżała na łóżku przyglądając się księżycowi widniejącemu na niebie za oknem. Starała się nie myśleć jednak z reguły kiedy próbowała oczyścić umysł myślała o wszystkim. Przed oczyma ukazywały jej się wydarzenia z ostatnich dni. Myślała o tych wszystkich okazach płci męskiej, o tym co robiła. Według niej nie miało to głębszego sensu, jednak musiała zwrócić na siebie uwagę, nie mogła żyć będąc "jakąś dziewczyną" musiała być "TĄ Aną Molly". Nie mogła spać, jak zwykle kiedy pojawiała się w nowym miejscu, przewróciła się na drugi bok, potem na plecy, położyła ręce pod głowę i gapiła się w sufit.
W końcu podniosła się z łóżka i chodziła w kółko po pokoju, nie wiedziała co ze sobą zrobić, założyła bluzę i trampki po czym wyszła z dormitorium. Błąkała się po korytarzu nie zwracając uwagi na idącego w jej stronę człowieka, przymrużyła oczy i przyjrzała się ciemnej sylwetce - chłopak - pomyślała. Podeszła bliżej , nadal nie widziała jego twarzy, miała nadzieję, że to .. Nagle jego facjata znalazła się w zasięgu światła płynącego z księżyca.
-To TY ? - zapytała
Wytarł łzy i spojrzał na nią - Co ?
-Nic, płaczesz ?
-Nie
-Widzę przecież.
-Taaaak jeszcze powiedz całej szkole że jestem taką ciotą, że płacze chodząc w nocy po korytarzach.
Zrobiła minę z której można było wyczytać "o co Ci kurwa chodzi?!"
-Aaaaa.. Ty nie słyszałaś.
-O czym?
-O niczym..
-Dobraa.. dobra.. Idę - poszła dalej.
-Czekaj! Znasz Lucy ?
-Nie - odeszła.
Szła dalej, niewzruszona, nie chciała go pocieszać, nie chciała z nim rozmawiać. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego.
Samotne chodzenie po korytarzach jest o niebo lepsze od towarzystwa płaczącego chłopaka. W oddali zobaczyła kolejną ciemną sylwetkę opartą o ścianę, przyspieszyła ten ktoś zaczął iść w jej stronę, nagle przeszedł przez nią, a ona poczuła zimno biegnące po jej całym ciele - Choleera - pomyślała i pobiegła do swojego dormitorium, próbując ominąć tę cio.. tego płaczącego, biednego chłopczyka. Wbiegła do sypialni i rzuciła się na łóżko. Leżała w butach, bluzie i pidżamie.. I zasnęła...
Nie spała jednak długo. Po długiej chwili otworzyła oczy i przez jakiś czas wpatrywała się w sufit, oczekując, że pojawi się tam coś ciekawego. Zrobiło jej się żal chłopca ze łzami w oczach, na którego natknęła się podczas swojej nocnej przechadzki. Kim była ta cała Lucy, która doprowadziła piętnastolatka do płaczu? Co takiego zrobiła?
Na pewno jest niezłą suką - pomyślała Ana
Ale z drugiej strony.. Może ten rudzielec przesadza... Może ona po prostu zrobiła to, co zrobiła.. bo ...
Żaden sensowny argument usprawiedliwiający Lucy nie przychodził jej do głowy.
Jest suką, i tyle.
Eh, ale muszę wybadać tą sprawę. Nie opłaca się oceniać sytuacji po wysłuchaniu tylko jednej strony. O tym przekonałam się juz niejednokrotnie.
Ale zrobię to jutro...
Jestem śpiąca....
Zamknęła oczy i w tym samej chwili już była gdzieś indziej....
**
Lekcje skończyły się już jakieś 15 minut temu. Niektórzy wybierali się do Wielkiej Sali na obiad, niektórzy wracali do swoich dormitoriów, inni wychodzili nad jezioro, by nacieszyć się ostatnimi ciepłymi chwilami w tym roku, nieliczni natomiast - głównie zakochani przesiadywali w ciemnych korytarzach lub w opuszczonych klasach.
Diggory przechadzał się właśnie mrocznym korytarzem prowadzącym do lochów. Liczył na to, że spotka kogoś, kto będzie wiedział...
-Czego tu chcesz, Diggory? - warknęła Elish Shrewdness
-Szukam Any Molly. Nie widziałaś jej przypadkiem? - zapytał, a jego uprzejmość najwyraźniej obrzydzała Ślizgonkę.
-Owszem, widziałam - odpowiedziała - Szła z jakimś rudzielcem do waszego dormitorium - rzekła po czym zniknęła za zakrętem.
Cedrik przez chwilę wpatrywał się w kamienną ścianę lochu. Czyżby Ana miała kogoś innego? Czyżby była taką, za jaką wszyscy mieli ją w Beauxbatons? Czy to możliwe, że Elish skłamała? Uderzył pięścią w ścianę, czego później bardzo pożałował i odszedł do dormitorium Hufflepuffu.
**
Kolejne nudne wrześniowe popołudnie. W dormitorium Ravenclawu było prawie pusto. Wszyscy zapewne wybrali się na obiad, lub pospacerować po błoniach, póki jest to jeszcze możliwe, bez konieczności ubierania się w kurtki, czapki i swetry.
Jedynymi osobami, które zostały w Pokoju Wspólnym były Lucy Waters i Adeline Armstrong.
Próbowały skupić się na zadaniu z wróżbiarstwa, czyli na napisaniu dziennika swoich snów z ostatniego miesiąca. Wróżbiarstwo było chyba najzabawniejszym przedmiotem w Szkole nie tylko Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Najzabawniejszym, ponieważ nauczycielka wróżbiarstwa, profesor Sally Spectra (jak w Modzie na Sukces, ta ruda. XDDD) była osobą, która wbrew wszystkiemu co działo się w szkole, przepowiadała każdemu śmierć, lub przynajmniej poważne obrażenia w skutek nieszczęśliwego wypadku.
Odrabianie zadań domowych z wróżbiarstwa zawsze sprawiało wiele radości. Wymyślanie snów, które według książek przepowiadały wszelkie nieszczęścia, było dosyć zabawne, a im tragiczniejsze, tym bardziej satysfakcjonowało profesor Spectrę.
-Wczoraj śniło mi się, że latałam na miotle Cassiliasa, spadłam z niej i zabiłam się, a to oczywiście oznacza, że mój sen się spełni - pisała Lucy, a Adeline parsknęła śmiechem
-Biorąc pod uwagę to, że widziałam, co naprawdę zdarzyło się wczoraj w nocy, to .. taaak, miało to dużo wspólnego z miotłą Cassiliasa - powiedziała z naciskiem na słowo miotła.
-Oh, zamknij się. Zastanawiam się, co ty i Rudy robiliście o trzeciej w nocy przy drzwiach do naszego dormitorium?
-On jest taki zrozpaczony. Złamałaś mu serce. On.. on nie wie co ze sobą zrobić.
-Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
-Spotkałam go w Wielkiej Sali. No i nagadałam mu, że jakaś dupa w Hogwarcie na pewno  kiedyś go zechce. Postanowił mnie odprowadzić. No.. nie chciałam go dobijać, więc pozwoliłam mu pójść ze mną. Ale w zasadzie mogłam mu odmówić. To by lepiej się dla niego skończyło.
Lucy spojrzała przez okno na błonie i na przesiadujących na nich uczniów.
-Zabawa na dwa fronty to nie jest dobry pomysł - powiedziała - wolałam zrobić to od razu, niż być potem wyzywana od szmat.
Adeline westchnęła. Z jednej strony zgadzała się z Lucy, a z drugiej, za bardzo było jej żal Rudego, żeby stać po jej stronie.
Zamknęła książkę do wróżbiarstwa i schowała ją do torby.
-Lucy... Czy.. czy ty i Iker--?
-Nie - powiedziała uśmiechając się blado, a Adeline odeszła.
 
to co kursywą napisała Scummm.

Posted on 07/19/2008 9:00 AM Comments (3)

July 18, 2008

Odcinek numer cztery, by me and XADEX

Ade siedziała samotnie i bez celu w mrocznej o tej porze Wielkiej Sali. Brendon już dawno spał, był bardzo zmęczony po morderczym treningu Quidditcha, a jej przyjaciółki zajęte były swoimi wybrańcami. Wolała im nie przerywać. Sama jednak nie czuła się w nastroju do spania. Znudzona nawet snem przerzucała po kolei wszystkie swoje książki.
- Zielarstwo? Nie to odpada - Mówiła sama do siebie - Hm, obrona przed czarną magią? Moze być ciekawe. Otworzyła książkę na losowo wybranej stronie i zajęła się lekturą.
 
Przeczytała zaledwie kilka stron, gdy zobaczyła, że w jej stronę zbliża się Rudy.
- O, kogo my tu mamy... Fernando, o tej porze? - powiedziała Adeline zamykając książkę i patrząc na niego. Przyjrzała mu się lepiej - Co ty płaczesz?
Chłopak usiadł na ławce po drugiej stronie stołu, położył głowę na blat i zakrył ją rękoma.
- Ejj, Rudy co Ci jest? - spytała, roztrzepując jego nienagannie ułożoną fryzurę.
- Ona - powiedział niewyraźnie nie podnosząc głowy z blatu.
- Jak 'ona'? - Adeline pomyślała chwilkę - Chodzi Ci o Lucy?
Rudy pokiwał głową.
- Co z nią? - podniosła się z miejsca. - Coś się z nią stało?
Chłopak podniósł głowę i powiedział:
- Siadaj, z nią wszystko w porządku.
- To dlaczego jesteś zaryczany i mówisz o nie... A wiem. To przez to, że Cię rzuciła?
- Tak - pokiwał głową. - Cała szkoła już o tym wie, prawda?
- Owszem. Oj, Fernando, jest tak mi przykro! Ale właściwie dlaczego się rozstaliście?
- Według niej nie pasujemy do siebie. - Adeline zauważyła łzę w jego oku. - Ale najgorsze jest to, że ona rzuciła mnie tak, jakby robila to codziennie, jakby nie stwarzało to dla niej większego problemu. - Rudy był tak zrezygnowany, że zaczął niszczyć swoją szatę, rzucając na nią różnorodne zaklęcia. - Nie jestem 'Tym'. Nie jestem 'Tym'! To kim u licha być?!
Panna Armstrong nie przypusczała, że rozstanie z Lucy może kosztować go tyle nerwów. On chyba naprawdę coś do niej czuł.
- Daj spokój, nie przejmuj się nią... Znajdziesz sobie nową dupę, w Hogwarcie jest ich pełno. - powiedziała optymistycznie, uśmiechając się nieśmiało.
- Powiedz mi. Dlaczego największym pechowcem i kretynem w tej szkole muszę być ja?
- Och, wcale nie jesteś taki! - Dziewczyna próbowała podnieść go na duchu.
- W takim razie dlaczego żadna dziewczyna mnie nie chce? Jestem beznadziejny. - Utkwił wzrok w podłodze.
Chwię potem przyleciał do nich Irytek i zaczął podśpiewywać:
 
"Kto, och, kto największym kretynem jest,
kto, och, kto największego pecha ma,
Czy to jesteś Ty, czy to jestem ja?
Nie, to Fernando Torres, ruda, wielka, O - FER - MA."
 

- Och, zamknij się Irytku - powiedziała Adeline z trudem utrzymując powagę, gdyż piosenka Irytka wydała jej się zabawna.
- Jeszcze tylko tego brakowało - powiedział smętnie Rudy, wstając od stolika. - To może ja już pójdę?
- Poczekaj, pójdę z Tobą. - Adeline podniosła się z miejsca, zbierając podręczniki. - Brendon padł na zbity pysk po treningu.
- On Cię kocha prawda? - spytał zrezygnowany.
- Tak - przytaknęła. - Chyba tak... Rudy nie przejmuj się już! Jest pełno dziewcząt w szkole, na pewno któraś na Ciebie leci! - Adeline uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. Ale to nie jestem ja - dodała w myślach.
- Tak sądzisz?
- Ja to wiem!
- Odprowadzę Cię. - Zaoferował się Rudy.
Ruszyli w stronę wyjścia, przechadzali się w ciszy po szkolnych korytarzach, aż w końcu
dotarli do wejścia do pokoju wspólnego Ravenclaw'u.
- Yyy, tak. Dziękuję bardzo za pocieszenie - wymamrotał Rudy.
- Ale nie ma za co. Krucze jajo. No, to ja już idę. Miło było. - uśmiechnęła się.
-Co było pierwsze, feniks czy jajo? - zapytała kamienna figura obok masywnych kamiennych drzwi
-Koło nie ma początku - powiedziała Adeline, a drzwi posoli rozsunęły się.

________________________
 
Lucy kolejną noc spędzała w Pokoju Wspólnym Ravenclawu wpatrując się w okno, poszukując jakiejś odmiany, najwyraźniej jej własne łóżko okazało się tak nudne i przeżyte, że postanowiła wyjść o pierwszej z sypialni dziewcząt.
Wrzesień dobiegał końca, a świat uczniów Hogwartu polegający tylko na spaniu, jedzeniu, uczeniu się i odrabianiu lekcji, rzeczywiście po jakimś czasie stawał się zwyczajnie nudny.
I chociaż lekcje dla piątoklasistów z panią Beatrice Dumbledore bynajmniej nie okazały się nudne i niewiele miały wspólnego z mugolskim podejściem do życia, wszystkie wydarzenia w Hogwarcie, a w zasadzie ich brak, idealnie pasowały do definicji słowa nuda.
Lucy nie miała jednak pojęcia, że nie jest jedyną osobą, która dzisiejszej nocy nie może zasnąć we własnym łóżku.
Usłyszała kroki dochodzące z sypialni chłopców.
Ten, którego najbardziej się obawiała wpatrywał się w nią tajemniczym spojrzeniem.
Był to wysoki, ciemnowłosy chłopak w granatowych slipkach.
-Tak ci gorąco, że półnagi sypiasz? - spytała Lucy wpatrując się w co ciekawsze części ciała Ikera.
-Nie - powiedział chłopak - przeciwnie, było mi zimno więc przyszedłem, żebyś mnie ogrzała.
-A w jaki niby sposób - spytała Lucy, która w głowie miała tylko jeden sposób.
-A jak myslisz? - Iker przewrócił oczami
-Hm. Pewnie chcesz, żebym użyła zaklęcia ogrzewającego, bo nie wiesz jak go użyć, gdyż nie uważałeś na lekcjach u Flitchwicka.
-Oczywiście. Żadnego innego sposobu nie miałem na myśli.
-Jasne, zboku - Lucy uśmiechnęła się. 
Iker w końcu podszedł do ogromnej sofy, na której przesiadywała Lucy.
Usiadł obok niej.
-Która jest?
-Dochodzi trzecia. Bez obaw, nikt tu nie przyjdzie.
Lucy wyciągneła różdżkę i jednym ruchem przygasiła prawie wszystkie świece.
Iker podniósł wysoko brwi
-No co? Raziło me oczęta - zaśmiała się, a Iker zdał sobie sprawę, że w półmroku jest jeszcze piękniejsza niż w normalnym świetle.
Iker dotknął jej twarzy i pocałował jej usta jak najdelikatniej potrafił. Lucy zarzuciła ramiona wokół jego szyi, kiedy on całował jej brodę, obojczyki i ramiona.
Lucy zdjęła koszulę nocną i pocałowała Ikera. On przez chwilę obserwował jej nagie ciało, potem objął ją w talii i przyciągnął do siebie.
Nagle rozległ się dźwięk, jakby ktoś przesuwał wielki głaz, a potem Lucy dostrzegła dwie postaci.
To była Adeline. I Rudy.
-Zajebie - warknęła Lucy i ubrała spowrotem swoją koszulę.
-Spalę kurwa na stosie.
Rudy wyglądał jakby odwołano Boże Narodzenie. Rzucił Lucy nienawistne spojrzenie i odszedł.
-Nie denerwuj się tak, Waters - powiedziała Adeline - tam, po prawej jest taki świetny schowek na miotły. Jesteś, kurwa, w pokoju wspólnym, powinnaś wpaść na to, że ktoś może przyjść.
Iker z trudnością powstrzymał śmiech.
-A ty co tak zacieszasz?
-Nic. Szczęśliwy jestem.
-Ade. Czas spierdalać  - rzuciła Lucy. Adeline odeszła, a Lucy rzuciła się na sofę
-Wole nie ryzykować. Idę spać - machnięciem różdżki wyczarowała sobie kocyk - Zostajesz ze mną?
-Żeby wszyscy jutro mysleli, że się ze mną przespałaś? No jasne, że zostaję.
Lucy uśmiechnęła się i oparła głowę o jego nagą klatkę piersiową.
-Dobranoc - szepnął.
-Branoc.
Ale żadne z nich tak naprawdę nie zasnęło.
Ona - słysząc bicie jego serca, on - czując jej oddech na swojej skórze.
 
 
Pogrubiona czcionka - dzieło Adeline.
No więc, kurde, nie wiedziałam jak to połączyć. I zrobiłam tak, mam nadzieję, że się połapiecie, kocięta moje.

Posted on 07/18/2008 1:40 PM Comments (8)

Harry Potter and the Fucked up Eager Teenagers, numer trzy.

ok szkolny właśnie się rozpoczął. Czas, by zapomnieć o beztroskich, wakacyjnych chwilach i końcu wziąć się do roboty.
Choć tak naprawdę, większość uczniów tęskniła za Hogwartem, miejscem pełnym magii, za tajnymi pokojami  i skrytkami na miotły.
Bo ta szkoła miała w sobie coś takiego, czego nie miało żadne inne miejsce na ziemi.
**
Po kolacji uczniowie rozeszli się do swoich dormitoriów.
Na korytarzu rozlegały się głośne dyskusje dotyczące zmian w porgramie nauczania
-...Że niby wychowanie do życia w rodzinie? Chryste to brzmi tak mugolsko...
-...i jeszcze ta nauczycielka...
-...to totalna wariatka...
-...to żona Dumbledora...
-...pf, ale się dobrali...
-Lucy! Lucy! - wołał za nią Rudy
-O nie - mruknęła do siebie - Patsy, zostaw nas samych. I nie czekaj na mnie. To może długo potrwać
-Cześć Rudy - uśmiechnęła się sztucznie - Jak leci?
-Musimy pogadać.
Lucy spojrzała na niego pytająco
-Chodzi o nas my..
-Musimy pogadać, tak? Do rzeczy - powiedziała przypatrując się swoim paznokciom
-Czy my..
-Dobra, wiesz co, Rudy? Chyba odechciało mi się brać udział w tej konwersacji. Jeżeli myślałeś, że będziemy razem, to się myliłeś. Idź, Puchonku, nie jesteś "tym".
Rudy wyglądał, jakby dostał w twarz czymś ciężkim. Odwrócił się na pięcie i odszedł, a Lucy usłyszała jak mruknął "Kobiety". Wróciła do dormitoruim  Ravenclawu. Rudy odmaszerował zupełnie gdzieś indziej. Zszedł kamiennymi schodami w dół i zatrzymał się przed wielkimi drewnianymi drzwiami.
-Cholera, jakie jest hasło? - zapytał sam siebie
Przez chwilę spacerował po ciemnym, pustym korytarzu, po chwili wspiął się spowrotem na górę, ale tam również nikogo nie zobaczył.  Czekał pięć, dziesięć, dwadzieścia minut. Nic.
Dopiero po jakiejś pół godziny zobaczył w ciemności dwie chichocące postaci.
-Diggory! Jakie jest .. - urwał nagle zobaczywszy ciemnowłosą pół-wilę.
-Pokazywałem Anie szkołę. Ano, to Rudy, największy kretyn w Hufflepuffie, Rudy, to Ana Molly, moja nowa.. koleżanka ze Slytherinu.
-Miło mi - odburknął - Czy Cedrik pokazał ci już ten ciasny schowek na miotły, o tam, za rogiem?
Dziewczyna nie przestawała się uśmiechać.
-Nie - odpowiedziała - ale z tego co mówią w szkole, żaden z twoich związków nie doszedł nawet do etapu chowania się - w jakimkolwiek celu - w komorkach na miotły - odpyskowała, a na twarzy Rudego pojawiły się rumieńce.
Nie polubił tej dziewczyny.
Ugryzł się w język i wycedził
-Jakie jest to pieprzone hasło?
-Smocze łajno - powiedział. Teraz zwrócił się do Any - Chyba już musisz iść. Jest już późno. Ktoś mółgby nas przyłapać. Nie chciałabyś mieć chyba kłopotów już pierwszego wieczora.
-Do kłopotów przywykłam - powiedziała i odbiegła.
-Co to za laska? - zapytał Rudy, kiedy Any już nie było widać.
-To nowa. Wyrzucona z Beauxbatons. Teraz jest w Slytherinie. A ty co masz taką minę? Lucy dała ci kosza, co? - spytał Cedrik, a Rudy o mało co nie spadł z kamiennych schodów.
-Cała szkoła o tym mówi, tak? Że ten czubek z Hufflepuffu dostał kosza od Krukonki, tak? - Rudy podniósł głos.
Dotarli pod drewniane drzwi.
-Smocze łajno - mruknął ponuro
-Właściwie to tak, cała szkoła o tym mówi.. Ale popatrz na to z innej strony... jesteś sławny.
-Tak, jestem najsławniejszym kretynem w szkole. Po prostu kurwa fabuloso.
 
 

Posted on 07/18/2008 2:16 AM Comments (6)

July 16, 2008

Harry Potter and the Fucked Up Eager Teenagers, odcinek numer dwa.

Za oknami zbierało się na deszcz. Niebo było zachmurzone i ponure. Cały świat wydawał się być bardzo szary i smutny.. W przeciwieństwie do nastroju najmniej normalnych nastolatków pod słońcem, którzy właśnie zmierzali do Szkoły Magii i Czarodziejstwa(i czegoś jeszcze..) w Hogwarcie.
Dzisiaj w pociągu działo się o wiele więcej ciekawych rzeczy niż zwykle.
Najbarwniejszą postacią tej podróży okazała się Ana Molly, nowa uczennica.
Sam fakt, że przybyła do Hogwartu nie na pierwszy rok, ale na piąty wydawał się być doyć dziwny. Nikt wcześniej 'Tak, o' nie zmieniał szkoły.
-Kim ty tak właściwie jesteś, skąd się tu wzięłaś?
Ana Molly była wysoką, śliczną dziewczyną o długich czarnych włosach i wielkich brązowych oczach.
-Jestem Ana. Ana Molly. Mam 15 lat. Wyleciałam z Beauxbatons... Miałam do wyboru Hogwart i Durmstrang... Z dwojga złego chyba wolałam trafić tutaj.
James i Syriusz przez całą podróż nie oderwali od niej wzroku.
-Jestem sierotą, nie mam roziców, kuzynów, braci ani sióstr - w jej oczach nie pojawiła się ani krztyna tęsknoty - Podobno matka była wilą.
-A za co wyrzucili cię z Beauxbatons? - zapytała nieśmiało Lily, a Ana zaśmiała się ponuro.
-Myśleli, że jestem dziwką - powiedziała takim tonem, jakby była z tego dumna - Chłopaki chwalili się wszem i wobec jaka to jestem dobra ''w te klocki'', ludzie gadali, pokazywali mnie palcami na korytarzach. I w końcu madame Berge, dyrektorka zawołała mnie do swojego gabinetu i oświadczyła, że kiedy zacznę piątą klasę, nie będę już uczennicą Beuxbatons.
-Ale ty nie...
-A czy ona wygląda na taką? - odezwała się dziewczyna siedząca przy oknie - Sanny Grance jestem. Byłam z nią na tym samym roku w Beaxbatons. Warto również wspomnieć, że zostałam wyrzucona za popieranie Any. To znaczy.. chciałam żeby została w szkole.. ale potem doszły do tego ataki na pierwszoroczniaków i miarka się przebrała. Miałam iść do Durmstrangu, tam jest więcej chłopców, ale Ana się uparła. No i jesteśmy.
Do końca tej podróży już nikt nie odważył się o nic zapytać.
Po długiej chwili milczenia Ana powiedziała:
-Nie znacie mnie, nigdy mnie nie widzeliście
I opuściła przedział.
Sanny została w środku.
Ana rozejrzała się. Na końcu korytarza dostrzegła wysokiego, ciemnowłosego chłopaka, który bardzo uważnie się jej przypatrywał.
Ana podeszła bliżej.
-Mmm, prefekcik - mruknęła - lubię takich co mają władzę - Cedrik poczuł, że robi mu się gorąco.
-C-cedrik D-diggory jestem - wymamrotał - A kimże ty jesteś?
-Jestem Ana Molly. Ale ty dobrze o tym wiesz, przez cały czas stałeś za drzwiami.
Ana przyparła go do ściany i szepnęła mu do ucha
-Odejmiesz punkty mojemu domowi jeżeli nie pobawię się twoją różdżką?
Diggory zaczerwienił się.
Molly odwróciła się i zniknęła w ciemnym korytarzu.
 
No. Co wy na to?

Posted on 07/16/2008 12:57 PM Comments (6)

July 15, 2008

Harry Potter and the Fucked Up Eager Teenagers, odcinek pierwszy.

Wakacje powoli dobiegały końca. W powietrzy dało się wyczuć atmosferę zasmuconych koniecznością powrotu do szkoły nastolatków. Był dwudziesty siódmy sierpnia i większość z nich powoli zaczęła pakować swoje kufry. I za trzy dni znowu trzeba będzie wrócić do Hogwaru. Rywalizacja pomiędzy domami rozpocznie się na nowo.
A takich domów było cztery:
Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin.
Mimo wszystko, współzawodnictwo pomiędzy domami nie wydawało się być zbyt brutalne, przeciwnie, uczniowie żyli ze sobą w zgodzie i przyjaźni, a w niektórych przypadkach - nawet w czymś więcej.
Bowiem na całej ziemi był tylko jeden człowiek - wraz z garstką swych nędznych popleczników - któremu nie odpowiadała przyjaźń pomiędzy szlamami i czarodziejami czystej krwi.
Był to mianowicie Tom Marvolo Riddle, ostatnimi czasy znany również pod budzącym grozę imieniem Lord Voldemort.
Był to czarnoksiężnik niezwykle okrutny, który gardził miłością i przyjaźnią.
Mówiono o nim, że na drodze do nieśmiertelności zaszedł dalej, niż ktokolwiek inny, choć tak naprawdę ludzie nie mieli pojęcia co to oznaczało.
**
W kairskim hotelu Middle East, w apartamencie 505 odbywały się bardzo głośne rozmowy o poniedziałkowym powrocie do Hogwartu.
Wkrótce za oknem pojawiła się wielka czarna chmura, w której po chwili rozpoznali stado czarnych sów. Przyleciały z Hogwartu.
-Musieli je wysłać wczoraj wieczorem - stwierdził Syriusz - jeżeli myśleli, że one tu dolecą przed świtem i nie będą rzucać się w oczy to chyba się trochę pomylili - zaśmiał się krótko, co bardzo przypominało szczeknięcie psa. Sowy rzuciły listy na stół i wyleciały przez okno. Lucy podeszła do stołu.
-Jakie uprzejme - prychnęła. - Black! O, twój jest taki lekki, prefektem nie zostałeś - zakpiła - Evans! Snape!  - Lili i Sev podeszli d stolika po listy, oboje ze szkarłatnymi rumieńcami na twarzy.
-Starsza Snape! - zawołała Lucy - Armstrong, Dorotie - przełknęła ślinę - Rudy!
Rudy nieśmiało podszedł do Lucy, wziął swój list, puścił do niej oko i odszedł do swojego pokoju.
-Elisha, jeszcze tu jest twój. Margaret Lamia, cholera nigdy nie zapamiętam twojeg nazwiska, Middle East Hotel, apartament 505, pokój 2, ostatnio częściej widywana dwa pokoje dalej u panicza Bl..ŻARTUJĘ RET. - powiedziała chichocąć i podając jej list.
-Szmata - syknęła Ret
Lucy dosłyszała to i z trudem powstrzymała się od wygłoszenia niemiłego komentarza na ten temat.
**
-Jutro wracamy do Londynu, kupiłyście już pamiątki waszym babciom? - zapytał James
-Ta, bo ja nie mam na co pieniędzy wydawać - odpowiedziała Elisha
-Oh, no wiesz, to niemiłe - parsknęła śmiechem Dorotie.
-Pakujcie swoje manatki i szybko korzystajcie z okazji, to już ostatnia chwila na szybki numerek w tym miejscu -powiedziała Lucy - Lily znowu się zaczerwieniła - Gdzie Sev? - spytała
-WATERS!
-Oh, no dobrze, już dobrze. Nie będę czepiać się twojej osoby. Po prostu myślałam, że jesteśmy.. ten.. no.. jak to się mówi.. przyjaciółkami i czekałam aż w końcu mi to wszystko opowiesz.
Lily wyglądała jednocześnie na oburzoną i rozgniewaną. Ręcę miała zaciśnięte w pięści, a jej usta lekko drżały.
-Rany, Evans, uwarz sobie eliksir spokoju. - wtrącił się Rudy
Lily za wszelką cenę starała się milczeć. Po chwili odeszła, a pięści wciąż miała zaciśnięte.
-Cześć skarbie - Rudy pocałował ją w policzek - o co jej chodzi?
-O ten tramwaj co nie chodzi, czubku. Przecież to oczywiste, ta sprawa z daleka cuchnie eliksirami i Severusem Snapem.
Rudy zmarszczył brwi, dopiero po chwili to do niego dotarło.
-Aaaa, to o to...
-Chyba wydaje jej się, że okrywa hańbą dom Gryffindoru dając dupy Ślizgonowi. Dlatego stara się to wszystko ukryć.. Ale według mnie to nie ma żadnego znaczenia.
Ktoś szturchnął Lucy w plecy. Odwróciła się i zobaczyła Ret, która wyglądała na lekko przestraszoną?
-Mogę cię prosić na chwilkę?-spytała.
-Jasne. Rudy, idź do swojego pokoju i sprawdź czy cię tam nie ma. A jak cię tam nie będzie, sprawdź wszyskie pokoje po kolei, pamiętając o tym, że w tym pokoju już sprawdzałeś i cię tu nie było.
-Rany, Lucy, nie jestem kretynem.
Lucy wyglądała na zdziwioną
-Ty...!
I odszedł.
-Co chciałaś?
-Nie traktuj go tak, bo kiedyś będzie sprawdzał całą noc czy nie ma go w pokoju Dorotie.
-Daj spokój, jakbym nie miała komu dawać.
-Nieważne. Nie mam pojęcia skąd wiesz, że przespałam się z Syriuszem - Lucy udała nagły atak kaszlu, a Ret przyciszyła głos i nerwowo się rozglądała - ale nie chciałabym, żebyś opowiadała o tym wszystkim.
-Nie no, rozumiem, że Sev i Evans nie chcą mówić o tym na głos. Ona jest z Gryffindoru, on ze Slytherinu. To zrozumiałe, że ich.. ee.. związek prawdopodobnie zostałby źle przyjęty, a nawet uznany za okrywanie hańbą ich domu. No ale wy... Oboje jesteście z Gryffindoru, nie widzę potrzeby, żeby to wszystko ukrywać.
-Lucy... to chyba nie jest takie proste.. I wcale nie chodzi tu o tą hańbę...
-Więc powiedz mi, o co?!
Ret już się nie odezwała.
Odeszła.
 

Mało i nudno. Wiem. Ale dopóki nie wrócą do Hogwartu, nie chcę żeby zbytnio ... wariowali. Dobra. Nieważne. Wciąż czekam na wasze scenki i wasze podpowiedzi.
 
Buziaki, kociaki.

Related Groups: Polacy
Posted on 07/15/2008 10:14 AM Comments (16)

July 14, 2008

Prolog.

Dzisiejszego poranka atmosfera przy śniadaniu była dosyć dziwna. Wszyscy byli dziwnie zaspani, mieli tajemnicze uśmiechy na ustach, choć tak naprawdę nie byli w stanie ich otworzyć i stworzyć jakiegoś sensownego zdania. Tym bardziej było to niepokojące, ponieważ przy śniadaniach dyskusje o wygłupach z różdżkami z zeszłego wieczora były zazwyczaj najgłośniejsze. Dzisiaj natomiast przy śniadaniu panowała zupełna cisza. Tylko od czasu do czasu słychać było brzdęk widelca, choć to i tak było żadkością, gdyż mało kto miał dzisiaj apetyt. Wszyscy byli jakby pogrążeni we wspomnieniach z zeszłej nocy, ale woleli milczeć na ten temat, w obawie, że ktoś odkryje ich sekret.
Kogoś jednak brakowało. Właściwie dwóch osób i to raczej wiele wyjaśnia. Gdziekolwiek Lucy i Rudy teraz byli, wszyscy byli pewni, że są tam razem. Jedyna Lily Evans wiedziała gdzie są, ale znała też niezbadane możliwości peleryny Pottera i bała się, że oni również znają jej sekret[Lily].
Lucy nie chciała zostawiać Rudego samego.. Ale jej ciekawość była silniejsza. Starając się go nie obudzić wymknęła się z tarasu i po cichu zeszła na dół. Za wszelką cenę próbowała wejść do jadalni niezauważona.
Udało się jej. Wszyscy wydawali się być dzisiaj dziwnie nieprzytomni.
Margaret i Adeline milczały. To było wystarczającym powodem by uznać ten poranek za niezwykły.
Ale Lucy niejednokrotnie przyłapała je na spoglądaniu ukradkiem w kierunku Suriusza i Brendona. Bardzo zastanawiało ją, dlaczego inni też milczą.
W końcu zdecydowała się zrealizować swój szatański plan. Nie była tylko pewna czy Lily na to się zgodzi.
-Evans-podeszła do niej.-Słuchaj. Wyczuwam tu coś dziwnego w powietrzu-Lily pobladła - nie, nie chodzi mi o ciebie. Czy ty też masz wrażenie, że coś dziwnego stało się z nimi - kiwnęła głową w kierunku udających konsumpcję niewyspanych nastolatków.
-Tak, też to widzę. Ale Rudy chyba...
-Cicho. Czy mam powiedzieć co Sev...
-Dobra. Czego chcesz?-spytała poirytowana.
-Twojego zmieniacza czasu.
Lily spojrzała na nią pytająco.
-Przecież wiesz, Evans, jaka jestem ciekawska. Chce wiedzieć, kto, z kim, gdzie i jak.
-Oh, no dobrze. Szczerze to ja też chce wiedzieć.
Lucy wyszczerzyła zęby.
-Musimy cofnąć się o jakieś dziewięć obrotów. Do północy. Jeszcze zanim Caroline powiększyła pelerynę Pottera. Musimy wyjąć ją z szuflady przed Caroline, zduplikować ją i możemy przesunąć się - popatrzyła na zegarek -  do trzeciej w nocy. Teraz rzucę na nas zaklęcie kameleona, żebyśmy nie rzucały się w oczy.
Lily dotknęła czubka głowy Lucy swoją różdżką, ta poczuła jakby ktoś wylał na nią szklankę lodowatej wody. Potem zauważyła, że jej dłonie mają kolor parkietu.
Lily wyjęła spod szaty długi, złoty łańcuszek - Chodź tam - wskazała na najciemniejszy róg jadalni. - Lily zarzuciła złoty łańcuszek na szyję Lucy. Chwyciła maleńką klepsydrę i obróciła ją dziewięć razy.
Ciemny kąt jadalni i ludzie w niej przebywający rozpłynęli się. Lucy poczyła, jakby bardzo szybko leciała do tyłu. Przed oczami migały im rozmaite figury i kształty, w uszach im łomotało. Potem poczuły twardy grunt pod stopami i obraz nagle się wyostrzył.
Na wielkim pozłacanym zegarze właśnie wybiła północ. Pomieszczenie było zupełnie puste i ciemne. Dopiero po chwili zobaczyły zarysy stołów i mebli.
-Nigdy wcześniej nie robiłam tego na trzeźwo - mruknęła do siebie Lucy.
Lily zachichotała.
-Nie ma czasu - powiedziała - Chodź na górę po pelerynę. Wyszły z jadalni przez wielkie oszklone drzwii ruszyły po schodach na górę, uważając żeby w coś nie uderzyć i nie narobić hałasu.
Doszły do drzwi apartamentu 505.
-Cholera, jak tam wejść - spytała szeptem Lily.
Lucy wpatrzyła się w drzwi i zamknęła oczy. Starała się skupić tylko i wyłącznie na drzwiach.
-W przedpokoju nie ma nikogo - rzekła po chwili - Alohomora! Szybko!
Weszły.
Peleryna Pottera leżała na stole
-Dupliciate! - mruknęła Evans i na stole natychmiast pojawiła się druga peleryna. Lucy chwyciła skopiowaną pelerynę i nakryła nią siebie i Lily.
Lily stuknęła różdżką, najpierw w czubek swojej głowy, potem w głowę Lucy i obie, najpierw poczuły gorące strumyki, jakby ktos wylał im na głowę czajnik z wrzątkiem, a potem, odzyskawszy swoje kolory podbiegły do drzwi z wygrawerowanym złotym napisem "Panicz Black w chwili obecnej jest bardzo zajęty."
 
 
Co myślicie? Żeby wszystko było jasne. Margaret to Małgorzata. A fragment z podróżą w czasie na żywca zerżnięty z Więźnia Azkabanu, rozdział Tajemnica Hermiony, strona 410.
I patrzcie, jestem taka mondra, że nawet sama zaklęcie wymyśliłam.
Wcionsz czekam na wasze scenki, bo nie dostałam ani jednej.

Related Groups: Polacy
Posted on 07/14/2008 5:58 AM Comments (14)
ARCHIVE
despite all my rage i am still just a rat in a cage.
Jaworski.
oh you can have it all.
MY FRIENDS


Decayedapple's Journal Widgets:
RSS - ATOM - JavaScript
Buzz Feed